Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 stycznia 2011

Granica, za którą już nie ma kibica

Na tle morderstwa, do jakiego doszło w poniedziałek na Kurdwanowie, można byłoby wytłumaczyć dużej części opinii publicznej kilka oczywistych, zdawałoby się, spraw. To będzie niemożliwe, dopóki media będą w kontekście takich zdarzeń mówić i pisać np. o „porachunkach kibiców”

Ta egzekucja, jak i kilka innych tragedii kojarzonych powszechnie z tłem „szalikowym”, uświadamia jedną rzecz tyleż prostą, co zasadniczą: nie ma niczego takiego jak bandytyzm stadionowy. Istnieje po prostu mniej albo bardziej zorganizowana przestępczość. Stadion może być dla niej terenem działania o tyle tylko lepszym niż inne, o ile władze klubów piłkarskich przymykają na to oko. Nie istnieją zatem żadne „porachunki kibiców” – kibice ani się nie tłuką, ani nie tną bagnetami, ani nie szlachtują maczetami. Są tylko bandyci, którzy decydują, że założą szalik biały a nie czarny; że pójdą uprawiać bandyckie rzemiosło na stadion, a nie w miasto. To ich nie czyni kibicami. Wyrywanie foteli w filharmonii nie czyni z bandziora melomana. Okradanie ludzi w kościele nie czyni z bandziora rzymskiego katolika.

Nie jest żadną sensacją, że przestępcy stadionowi albo są werbowani przez grubsze ryby świata przestępczego (czy też: lokalnych światków przestępczych), albo w pewnym momencie sami stają się grubszymi rybami.

Ale po co nazywać tych ludzi „kibicami”, ich liderów – „szefami kibiców”, a ich dintojry – „porachunkami kibiców”? Co dziennikarzom zrobiła piłka nożna, że ją do tego mieszają? Akurat oni już dawno powinni dostrzec, że piłka nożna nie ma z tym nic wspólnego.

wtorek, 4 stycznia 2011

Reklama kontekstowa

Z cyklu: „Google’s stuff, not mine”

Znajdź detal łączący oba obrazki:



niedziela, 21 listopada 2010

Co słychać?

Gdyby kogoś interesowało, co się dzieje i dlaczego znowu tak wychodzi, że tu nie piszę:

- byłem na dużym stażu w dużej firmie,
- przez dwa miesiące przewertowałem jakieś 800 wydań gazet codziennych w poszukiwaniu materiałów, a potem wertowałem te materiały w liczbie jakichś 6 tysięcy, żeby w końcu napisać pracę magisterską na 114 stron i obronić ją na 2 x 5. To oznacza, że liczba moich tytułów naukowych wzrosła o 100%, jak niegdysiejsza roczna produkcja lokomotyw w Albanii – czyli z jednego do dwóch,
- wziąłem udział w akcji „Tu jest Polska" portalu Onet.pl. Przez kolejne dwa tygodnie odwiedziłem siedem różnych miejscowości w południowej Polsce i napisałem z nich siedem reportaży-widokówek, a do nich siedem notek na bloga akcji. Jeśli ktoś ma ochotę czytać, komentować, krytykować, chwalić  – oczywiście zachęcam,
- próbuję nadrabiać zaległości związkowe i towarzyskie.
- moja ambicja zabija mnie, ambicja to mój wróg, ambicja to moja szalona religia itd., wicie rozumicie...

sobota, 23 stycznia 2010

Nowohucki hamburger


Miłe niespodzianki są milsze od niemiłych. Takie np., że redakcja drukuje nasz materiał, o którym już sami niemal zapomnieliśmy

czyli moja rozmowa ze Skwarem z Wu-Hae (pod linkiem dostępna chyba ta sama wersja, która poszła drukiem 29 grudnia na łamach DP)

Jakoś do pewnego momentu było mi z Wu-Hae muzycznie bardzo nie po drodze. To był dla mnie jeden z takich zespołów, po których się raczej żadnych cudów nie spodziewałem. A tu proszę - pojawiła się jesienią puszka z „Operą Nowohucką” i to jest, proszę Państwa, rzecz godna. Może nie euforii zaraz, ale na pewno zainteresowania i docenienia. To już całkiem sporo.

W czwartek wybieram się na koncert do Alchemii, więc zapewne po weekendzie powstanie dla DP jakaś zajawka; może też się pojawi potem relacyjka czy zdjęcia. Postaram się też na potrzeby bloga jakąś recenzję „Opery...” machnąć. W redakcji Dziennika tymczasem - inny materiał z Wu-Hae w tle: duży tekst o kultowym budynku na Mrozowej (czy też - zagadka! - na Mrozowa?), w którym od półtorej dekady krakowskie kapele mają próby. Jak się ukaże, dam znać. Mam nadzieję, że od razu, a nie np. po miesiącu ;-)

wtorek, 29 grudnia 2009

Ależ ja wcale nie przestałem pisać!...

  
...tylko piszę trochę gdzie indziej

Po dwóch miesiącach bez choćby notki, moim Szanownym Czytelnikom należy się parę słów wyjaśnienia. Z początkiem listopada doszło do takiego oto zwrotu sytuacji, że zacząłem współpracę z Dziennikiem Polskim. Złożono mi propozycję współprowadzenia bloga w serwisie internetowym DP, za czym poszła możliwość publikowania na łamach drukowanego wydania tej gazety.

I tak od listopada udało mi się na tych łamach kilka materiałów pomieścić. Byłoby ich więcej, ale - jak niektórzy z Państwa zapewne wiedzą - pisanie nie jest w tej chwili moim zajęciem nr 1. W styczniu pewnie trochę się to zmieni, bo pisania pracy magisterskiej nie da się odkładać w nieskończoność ;-) A czy i kiedy pisanie w szerszym sensie stanie się zajęciem nr 1, to się wkrótce okaże.

Tych z Państwa, którzy są ciekawi nowych notek, zachęcam tymczasem do zaglądania na bloga „dziennikowego”. Na blogu niniejszym oczywiście nie przestaję publikować, no i mam nadzieję, że uda się to robić trochę częściej niż dotychczas :-) Aha, no i jeszcze namacalny dowód na to, że ktoś jest gotów wziąć mój tekst do druku:

[rzecz ukazała się drukiem 28 XI br., sobota, w DP na str. A10]

Do zobaczenia i przeczytania!

piątek, 23 października 2009

Człowiek Obiegowi głupkiem - czy na odwrót?


Wczesną wiosną, przymierzając się do współpracy z Drugim Obiegiem – pismem Koła Nauk Politycznych UJ – popełniłem dla niego publicystyczny tekst o przypadku doktora Marka Migalskiego. Kilka miesięcy, które od tego czasu upłynęły, i kilka faktów, które się od tego czasu wydarzyły, w dużej mierze ten tekst zdezaktualizowały. Dziś wziąłem do rąk nowy, jak wynikałoby z daty, numer Drugiego Obiegu i znalazłem na jego łamach mój mocno nieświeży materiał

Jako autor nie mam czego się w tym tekście wstydzić – nikogo nie obraziłem, niczego nie przekłamałem. Za to na pewno dziś nie chciałbym brać Migalskiego w obronę – z tego samego powodu, z którego nie bronię zachowań posła Palikota. Kiedy ukazuje się w gazecie podpisany moim nazwiskiem tekst, który w ogóle nie uwzględnia faktów z ostatnich kilku miesięcy, czytelnik ma prawo domniemywać, że ja o tych faktach albo nie wiem, albo świadomie zamknąłem na nie oczy. W obu przypadkach nie stawiałoby to mojej rzetelności w najlepszym świetle.

Nikt mnie jednak o zgodę na tę zdezaktualizowaną publikację nie spytał – gdyby spytano, oczywiście bym odmówił. O ewentualnym wzbogaceniu tekstu o nowe fakty i spostrzeżenia również nie było mowy – tu bym się przynajmniej mógł zastanawiać. Jest tu więc jakaś moja wina: nie przyszło mi nawet do głowy, że ktoś może potraktować ten nieświeży materiał jako użyteczny. A tu proszę: tekst poszedł i czytelnik otrzymał go w postaci, o której się mówi: dead on arrival. W tym samym numerze DO ukazał się też materiał mojego kolegi, traktujący o Holocauście w kinie; został napisany ponad pół roku temu i o premierze „Bękartów wojny” Tarantino mówi – co zrozumiałe – w czasie przyszłym…

Nawet średnio rozgarnięty odbiorca takie nonsensy dostrzeże i przyklei je (niestety, w sensie formalnym: słusznie) do nazwiska publicysty, nie zaś redaktora. Tymczasem to redaktor decyduje o tym, co, kiedy i jak się w jego piśmie ukazuje. Wbrew realiom na głupka wychodzi w takich razach autor - jak kucharz, który się stara przyrządzić najlepsze danie, ale nie odpowiada za to, że kelner zaniesie je do czyjegoś stolika na brudnej tacy i już wystygłe.

A ja na głupka wychodzić nie zamierzam. Nie w takich okolicznościach. Nie wiem, czy moich czytelników jest trzech, trzydziestu czy trzystu, ale każdemu z tych czytelników jestem winien szacunek. Kiedy podpisuję się pod tekstem własnym nazwiskiem czy pseudonimem, robię to między innymi w imię szacunku dla czytelnika, a nie po to, by tym tekstem okazywać mu lekceważenie i dawać mu asumpt do kwestionowania mojej rzetelności. Ponieważ zaś Drugi Obieg dość jednoznacznie okazuje lekceważenie i swoim współpracownikom, i swoim czytelnikom, nie zamierzam się już do tego pisma zbliżać ani w jednej, ani w drugiej roli.

Wyklarowanie tej sprawy w blogosferze to właściwie jedyne, co mogę dziś zrobić. Pisać próśb o wyjaśnienie czy sprostowanie do redakcji DO nie zamierzam – ale tym z Państwa, którzy się z tym pismem dotąd nie zetknęli, może się nasunąć całkiem zasadne pytanie: co to za gazeta, w której autor jest zmuszony pisać wyjaśnienia czy sprostowania do własnego tekstu?

I to by było wszystko, jeśli idzie o odpowiedź na pytanie – stawiane mi wielokroć publicznie i prywatnie – dlaczego za zaszczyt współpracy z Drugim Obiegiem podziękowałem szybciej, niż ją w gruncie rzeczy zacząłem.

piątek, 16 października 2009

A tak w ogóle – który z was to Pink?...



Nieprzygotowani dziennikarze zdarzają się całkiem często i w całkiem wielu miejscach. Bo całkiem często i w całkiem wielu miejscach ktoś im na nieprzygotowanie albo pozwala, albo nie uznaje go za problem

Znacie Państwo to uczucie zażenowania, które władzę w rękach odbiera? Człowiek się wtedy wstydzi za dwóch - za tego, co robi i za tego, co widzi.

Nie każdy dziennikarz się musi znać na polskiej muzyce rozrywkowej, ale też nie każdy musi się w związku z tym na jej temat wypowiadać ustnie lub pisemnie. No właśnie - czy nie musi? W tym wypadku nie wiem, czy tylko dziennikarka jest porażająco niekompetentna, czy raczej jakiś anonimowy nadredaktor dał niezorientowanej kobiecinie (może stażystce?) 5 minut na przygotowanie się do rozmowy ze znanym muzykiem, a drugie 5 minut na samą rozmowę. Znaleźć się w takiej sytuacji to jak być wkopanym na oświetloną scenę z zapadnią, o istnieniu której nie ma się pojęcia.

Razu pewnego, kiedy byłem jeszcze młodszy, piękniejszy i odbywałem letni staż w sporej redakcji prasowej, dostałem w podobnych okolicznościach (7-8 minut na przygotowanie) prikaz zrobienia wywiadu z prof. Mirosławą Semeniuk-Podrazą, dyrektorem artystycznym festiwalu „Letnie Koncerty Organowe” w Krakowie... Czujecie już Państwo nienasycony roztwór absurdu tej sytuacji?
Uznałem wtedy, że jedynym sposobem, by tę rozmowę uratować, a przede wszystkim: by nie dać pani profesor okazji do wzięcia mnie za nieprzygotowanego matoła, jest przybranie od progu maski wdzięcznego ignoranta. Czyli: pani profesor, moje pytania trącą nieco banałem i niewiedzą, ale weźmy poprawkę na to, że nasz czytelnik jest prawdopodobnie kompletnie niezorientowany w muzyce organowej. Dajmy mu więc wspólnie okazję, żeby się czegoś dowiedział...

Rozmowę uratowałem, ale fartem: bez wyrozumiałego podejścia pani profesor raczej by się to nie udało. Nie zawsze trafia się na rozmówcę, który do własnego zajęcia czy zamiłowania ma taki dystans, że jest gotów wybaczyć innym (w tym: dziennikarzowi) braki w wiedzy. Czasem zresztą ten dystans - jak w przypadku Waglewskiego i pani z radia - w ogóle nie gra roli: rozmówca może się po prostu wkurzyć, że ktoś marnuje jego czas i skończy wywiad. Będzie mieć rację.

To dziennikarzowi zarzuca się wtedy niekompetencję, nieprzygotowanie, ignorancję itd. Warto jest w takich razach zadać sobie pytanie, kto i po co zrzuca na dziennikarza zadania, którym z różnych względów nie jest on w stanie podołać. Nie, nie wykluczam że pani dziennikarka jest po prostu totalną ignorantką - takich ludzi jest w różnych redakcjach wcale niemało, tyle że tę ignorantkę albo posłano na misję samobójczą, albo co gorsza w ichniejszym „dziale kultura” zatrudniono. Ciekawym więc, czy ktoś poza nią słusznie zbierze za ten kuriozalny wywiad po łbie.

piątek, 2 października 2009

Polska - ojczyzna Mielesa i Daviesa

  
Pierwsza notka z cyklu: „Gdzie jest korekta?”:

Dziennik Polska The Times w wydaniu internetowym pomieszcza wywiad z Michałem Urbaniakiem, na okoliczność wydania przezeń albumu-hołdu dla Milesa D. Autorowi rozmowy - Tomaszowi Szychlińskiemu - rozmówca, temat rozmowy i jazz w ogóle są wystarczająco bliskie, by Miles Davis stał się Daviesem. Na szczęście z wypowiedzi Urbaniaka może sobie czytelnik wywnioskować, że jednak nie chodzi o Normana Daviesa.



Pytania do zebranych:
1. Jak to nazwać? - czy takie coś to jest jeszcze literówka, już błąd rzeczowy czy jeszcze coś innego? Macie jakiś pomysł na chwytliwą i krótką nazwę dla błędu zdradzającego absolutną niekumację dziennikarza w temacie, na który pisze?
2. Kiedy się połapią? - jak długo ten błąd będzie wisiał na stronie Polska The Times?
3. Czy to poszło drukiem? - widział ktoś którekolwiek dzisiejsze wydanie papierowe Polski i może powiedzieć, czy korekta to puściła?
Widzę ostatnio w gazetach i zgoła poważnych serwisach internetowych błędy, od których oczy bolą. Czy jakiś kolega z działu / redaktor / korektor czyta w ogóle te dziełka, zanim autor skieruje je do czytelników? czy może traktuje się ich jak debili, którzy na ortografa machną ręką i będzie im wszystko im jedno, czy „nie-” łączy się z czasownikami, czy z przymiotnikami.
Spróbuję więcej takich kwiatków nazrywać, co oznacza, że niniejsza notka jest początkiem jakiegoś nieregularnego cyklu.