piątek, 24 stycznia 2014

O Wielkim Oku i Wielkim Tłoku czyli projekcje

Wczoraj ksiądz Oko po raz kolejny straszył Polaków homoseksualistami. Zadumałem się, chociaż nie znam się na motoryzacji


Zapoznałem się ze skróconą wersją przerażającej opowieści, którą przedstawił wczoraj w Sejmie nowy idol jojczącej, antygenderowej konserwy – ksiądz Oko.

Pomijam w ogóle ten aspekt, że ten człowiek to przecież doktor habilitowany i kiedy zabiera głos publicznie, to powinien zdradzać minimum intelektualnej rzetelności, a nie zachowywać się jak propagandzista. Tyle że w ostatnich latach oczekiwanie od osób wykształconych, że będą w sferze publicznej stosować to minimum, jest oczekiwaniem wygórowanym.

Dotyczy to coraz częściej duchownych ze świecznika, którzy zachowują się tak, jakby rozum czy logikę wyłączyli całkowicie - a to w polskich warunkach oznacza legitymizowanie autorytetem Kościoła dowolnej bzdury: zestawiania gender z faszyzmem, masturbacji (dwulatków, a jakże!) z komunizmem, edukacji seksualnej z narkomanią itd.

Ale ja właściwie nie o tym chciałem tym razem.

Wczoraj ksiądz Oko po raz kolejny straszył Polaków homoseksualistami i przywołał taką oto wizję seksu gejowskiego: „to jest tak, jakby tłok silnika, zamiast w cylindrze silnika, poruszał się w rurze wydechowej”.
Nie znam się na motoryzacji ani odrobinę, dlatego najpierw się zadumałem. Potem przyszło mi do głowy parę pytań, które chciałbym zadać Wam – Moje Miłe Czytelniczki, które podzielacie moje heteroseksualne upodobania, a także Moi Mili Czytelnicy, którzy podzielacie moje heteroseksualne upodobania.

Czy przyszła Wam kiedykolwiek do głowy taka wizja stosunku seksualnego między dwoma mężczyznami? Czy w ogóle zdarza Wam się miewać tego typu wizje? Czy jeśli już coś podobnego przyszło komuś z Was do głowy, to szedł z tym do ludzi – znajomych i nieznajomych – i zawracał im tym głowę?

No więc: macie takie wizje? Muszę o to zapytać, bo ja… no, wstyd się przyznać: jakoś nie mam.

Jakiekolwiek wyobrażenie dwóch facetów uprawiających seks nie jest moim wyobrażeniem – tak bym to opisał najdelikatniej. Mało tego, nie robi mi nic – nie myślę o tym w ogóle, nie zajmuje mnie to: z powodu dwóch facetów, którzy uprawiają sobie gdzieś tam seks, jest mi serdecznie wszystko jedno. Pewnie, że widziałem na obrazku dwóch gejów uprawiających seks, może nawet ze dwa razy w życiu mi się ten obrazek przypomniał. Ale nie próbowałem szukać dla tego jakichś porównań, metafor, alegorii, whatever. Po jaką cholerę właściwie miałbym?

Jeśli Wy też nie wiecie, po co mielibyście to robić – zadam kolejne pytania:
Jak ksiądz Wielkie Oko znalazł to porównanie o Wielkim Tłoku? Jak mu przyszło do głowy? Przecież gdzieś musiał na nie trafić (sam wyszukał? usłyszał od kogoś?) – i strasznie mu się najwyraźniej spodobało, skoro dziś przytacza je z taką lubością. A może to jest po prostu najlepsze z porównań, które przyszły mu do głowy – myślał, myślał i wymyślił? Przecież jakoś musiał sobie to wszystko wizualizować, żeby znaleźć porównanie jak najlepsze. Takie, które by rozgrzewało serca i umysły jego słuchaczy i fanów np. z Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski

Skąd to wziął? – nie umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć i Wy też nie będziecie umieli. Czy obejrzał jakiegoś pornosa homoseksualno-motoryzacyjnego? Czy zappował od TVN Turbo do Telewizji Trwam, a co zobaczył na kanałach pomiędzy, to jego? Czy heteroseksualnemu facetowi śnią się po nocach dwaj homoseksualni faceci i dlatego uważa za stosowne straszyć tą wizją innych ludzi? Czy ktoś taki budzi się w nocy z krzykiem, zlany zimnym potem, z obrazkiem typu „tłok silnika w rurze wydechowej” przed oczami – i już nie może zasnąć?

Pytanie ostatnie i najważniejsze: dlaczego księdza Oko to wszystko w ogóle zajmuje?
  
Bzdury o gender, homoseksualizmie i edukacji seksualnej, jakie wygadywał wczoraj w Sejmie i jakie będzie zapewne jeszcze w innych miejscach powtarzać, lokują się mniej więcej na tym samym poziomie obsesji co wypowiedzi posłanki Pawłowicz, które jej przyniosły jakiś czas temu wątpliwą sławę.

Bardzo mnie kusi konstatacja, że w takich wypadkach głos powinien zabrać raczej specjalista: psychiatra, seksuolog, może jeden i drugi. Trudno o bardziej dobitne przykłady projekcji własnych lęków i obsesji seksualnych na innych ludzi – a robi się jeszcze straszniej, gdy obsesja seksualna posła czy ministra wpływa na stanowienie przezeń prawa. Ale ta konstatacja byłaby drogą na skróty.

Ja tam nie chcę wysyłać sejmowo-kościelnych obsesjonatów seksualnych do specjalisty, bo byłoby szkoda. Każdy jawny i ukryty miłośnik świństw może na nich polegać – ciągle będą nas TYM straszyć, ciągle będą szukać dla TEGO nowych porównań i metafor, bo przecież ciągle o TYM myślą. Są prawdziwą kopalnią wiedzy o świństwach, o których wielu z nas na co dzień raczej nie ma potrzeby myśleć, a jeszcze innym w ogóle nie przyszłyby do głowy.

No więc: niech sobie mówią, wykładają, straszą. To jest właśnie ciekawe i pożyteczne życie, jakiego im wielu z nas po cichu zazdrości – a nie jakieś tam na przykład słodkie życie nietrwałych, jałowych związków osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku.

piątek, 15 listopada 2013

Proszę zadzwonić do kurii

Taka sytuacja: ksiądz-katecheta trzyma sobie, na dysku czy tam w chmurze, zdjęcia z pornografią dziecięcą. Komuś je nawet wysyła. Sąd skazuje go na zawiasy i grzywnę. Szkoła i kuria stosują domniemanie niewinności.



Dyrektorka szkoły, w której uczy ksiądz, dowiaduje się o sprawie prawdopodobnie od dziennikarza. I co ma do powiedzenia? Wyrok jest nieprawomocny, a ja mam w dokumentach świadectwo niekaralności księdza. Jako katechetę oceniam go dobrze.
Wicekurator oświaty: Trzeba czekać na ostateczną decyzję sądu. Wina musi być udowodniona. Dziennikarza odsyła do kurii w Zamościu.
Rzecznik kurii: Dzisiaj, jeżeli chodzi o sprawy komputerowe, można zrobić wszystko. Wprowadzić zdjęcia do czyjejś skrzynki i przesłać je dalej. Ksiądz biskup zawsze stara się dostrzec dobro w człowieku.

Uff, prawie mi ulżyło, że wszystkie „instancje” tak wdzięcznie wdrażają tu zasadę domniemania niewinności. Wicie, rozumicie – kiedyś niewinności domniemywano przed wyrokiem, ale my tu na Zamojszczyźnie mamy nowe, lepsze domniemanie niewinności. Po wyroku sądu. On kocha dzieci, po prostu, ten katecheta. Zdjęcia wprowadzili mu do skrzynki i przesłali dalej. To dobry katecheta przecież jest…
Mniej więcej wiadomo, jak polski Kościół się obchodził i obchodzi z sytuacjami około-pedofilskimi w swoich szeregach – ale ja w ogóle nie o tym chciałem. Chciałem o innym zjawisku, które ten śmieszno-straszny epizodzik ilustruje.


To jest przykład tego, do jakich zwyrodnień może prowadzić zasada eksterytorialnej obecności Kościoła w polskiej szkole. Zasada, dodajmy, uświęcona „polskim modelem rozdziału Kościoła od państwa”, który polega na tym, że Kościół zawsze wlezie z butami w państwowe, a państwo w kościelne się nie pcha, bo przecież Konkordat.
Wyobraźmy sobie per analogiam inną sytuację: nauczyciel biologii czy polskiego zostaje skazany przez sąd za rozpowszechnianie pornografii nieletnich. Dyrektor nie odsuwa go od pracy z dziećmi, a kurator oświaty mówi rodzicom (za pośrednictwem mediów): nie no, przecież poczekajmy, jest przecież domniemanie niewinności, jeszcze sąd apelacyjny, sąd najwyższy, kasacja, apelacja… Kurator z dyrektorem zostaliby przecież rozszarpani na sztuki.

Ale tu chodzi przecież o księdza-katechetę. Zaznaczmy koniecznie: dobrego katechetę, co organizuje wycieczki.
I dlatego dyrektor będzie czekać na prawomocny wyrok, a kurator odeśle dziennikarzy do kurii. W międzyczasie ksiądz-katecheta poprowadzi jeszcze trochę lekcji z młodzieżą (uczeń w Polsce ma dwie godziny religii w tygodniu), może nawet jakąś wycieczkę zorganizuje. A szkoła za te lekcje z publicznych środków płaci, nie mając nawet żadnej kontroli nad tym, co dobry ksiądz-katecheta uczniom na nich opowiada.
A kiedy w tym systemie, nie daj Boże, pojawia się fałszywy ton – jakiś skandal obyczajowy, jakaś pedofilia, jakaś pornografia dziecięca – to proszę, panie redaktorze, zadzwonić do kurii. Tam panu wyjaśnią.

I tak właśnie wygląda „przyjazny rozdział” państwo-Kościół w polskiej praktyce.

środa, 13 listopada 2013

Kropka czyli jak się pożegnałem z forum Kultu i Kazika


Chciałbym się z Państwem pożegnać.

Raczej definitywnie, jeśli idzie o to miejsce.

1.
Powód najpierwszy dla takiej decyzji:
nie widzę już sensu ani satysfakcji w pisaniu tutaj.

Byłem tu w takim czasie, w którym chciało się czytać, pisać i poznawać ludzi, którzy po drugiej stronie czytali i pisali.
Byłem tu też w czasie, w którym jeszcze chciało się pisać w poczuciu, że komuś po drugiej stronie czyni to różnicę.
Nie wiem, czy dyskusje - takie jakie znam - przeniosły się czy znikły w ogóle, ale tutaj na pewno już ich nie ma.

Kiedy się parę dni temu spokojnie zastanowiłem, to wyszło mi na to, że po tych wszystkich latach (13? 14?) trudno mi już wskazać jakikolwiek związek z tym miejscem: emocjonalny, osobisty, jakikolwiek.

A siła rozpędu to trochę mało.

2.
Lubiłem kiedyś porównywać to miejsce do knajpy, przy której stolikach toczą się fajne dyskusje „na każdy temat”, a każdy cywilizowany klient, który chce do nich dołączyć, jest mile widziany. A nawet kiedy przychodzi na piwo dwóch dresiarzy, to sami się szybko orientują, że to nie miejsce dla nich.

By ta zdrowa zasada się utrzymywała, ta knajpa długo nie potrzebowała nawet ochrony.

Niestety, klienci pouciekali, a właściciel - zamiast zamknąć to miejsce - pozwala mu dogorywać. Dresiarstwa nikt nie wyprasza, więc się przy stolikach rozsiadło i czuje się jak u siebie. Kurwami i chujami rzuca, rzyga pod nogi i grozi piąchą, jak kto przyjdzie z książką pod pachą.

I to nawet nie to, że nie ma ochrony, która by wkroczyła.
Nie to, że tych rzygów nie ma kto nawet posprzątać.
Bardziej chodzi o to, że nikogo to już nawet przesadnie nie dziwi.
Bo ci, co ich dziwiło, już sobie stąd dawno poszli.

Dlatego chyba i ja powinienem.
Wolę zachować pamięć o lepszych czasach tego miejsca - przede wszystkim ze względu nawszystkich miłych i mądrych ludzi, jakich przez lata mogłem dzięki niemu poznać 

3.
Wiem, że są wśród Państwa tacy, którzy opierali się wszechobecnej zasadzie TLDR i zadawali sobie trud, by czytać moje wypowiedzi. Od dawna mogli oni również dostrzec, że ta pisanina od dawna nie ma nic wspólnego z muzyką Kazika i Kultu.

Z moją dawniejszą gorącą fascynacją tą muzyką, której to fascynacji zawsze towarzyszył szacunek i podziw dla jej twórców, nie idzie w parze mój dzisiejszy stosunek do najnowszego wydania tej twórczości. Waha się on między obojętnym a lekceważącym.

To mnie prowadzi do dwóch wniosków:
1) ja już po prostu nie muszę pisać na forum Kazika i Kultu,
2) mogę pisać gdzie indziej w czasie, jaki dotąd przeznaczałem na pisanie tutaj.

A zatem ci z Was, dla których moje wypowiedzi są lub bywają interesujące, warte refleksji, dyskusji albo po prostu lektury, będą mogli je bez trudu znaleźć w innych miejscach w sieci.

4.
Każdy z Państwa mógł się zorientować, że moja pisanina tutaj zawsze stała pod znakiem sprzeciwu wobec ciemnoty, nieuctwa i przemocy oraz buntu wobec wszechobecnego kultu chama.

Mogę tylko nieśmiało wyznać, że taki mój stosunek do rzeczywistości ukształtowały m.in. piosenki Kazika Staszewskiego, za co byłem, jestem i pozostanę mu niezwykle wdzięczny.

Jak każdy dorosły człowiek, który odpowiada za swoje słowa w sferze publicznej, przyjąłem do wiadomości dwie uniwersalne reguły.
Jedna jest taka: „mów mądrze do głupca, to nazwie cię idiotą”.

Jestem świadom, że moja pisanina tutaj doprowadzała niektórych do agresji - w symbolicznym sensie tej samej agresji, która trzem osiłom dostarcza frajdy z obicia jednego okularnika. Na wieść o tym, że opuszczam to miejsce, paru dresiarzy przy innych stolikach zawyje więc z satysfakcją. Ta świadomość, nie będę ukrywać, mile mnie łechce 

I to jest ta druga uniwersalna zasada: „Uchodzić za idiotę w oczach kretyna to rozkosz dla smakosza”.

Zamiast pointy - kawałek kotka, bo koty są najważniejsze:

  
Mądrym i miłym ludziom, których wśród Państwa nie brakuje, życzę wszystkiego najlepszego.
I mówię: kropka. Do zobaczenia gdzieś w świecie.
________________

Tak właśnie, proszę Państwa, wygląda demonstracja, która znaczy niewiele albo jeszcze mniej - dla autora, dla czytelników, dla postronnych. To, co wyżej przeczytaliście, to najprawdopodobniej mój ostatni post na forum Kultu i Kazika. Pierwszego napisałem w... 1999 roku? 2000? Kto to pamięta? 

Może to jednak mieć pewne znaczenie, bo istnieje ryzyko, że paręnaście minut dziennie, jakie poświęcałem na coraz bardziej bezowocne wizyty w tamtym miejscu, przeznaczę np. na reanimację bloga.

Szok! Niedowierzanie!

czwartek, 20 stycznia 2011

Granica, za którą już nie ma kibica

Na tle morderstwa, do jakiego doszło w poniedziałek na Kurdwanowie, można byłoby wytłumaczyć dużej części opinii publicznej kilka oczywistych, zdawałoby się, spraw. To będzie niemożliwe, dopóki media będą w kontekście takich zdarzeń mówić i pisać np. o „porachunkach kibiców”

Ta egzekucja, jak i kilka innych tragedii kojarzonych powszechnie z tłem „szalikowym”, uświadamia jedną rzecz tyleż prostą, co zasadniczą: nie ma niczego takiego jak bandytyzm stadionowy. Istnieje po prostu mniej albo bardziej zorganizowana przestępczość. Stadion może być dla niej terenem działania o tyle tylko lepszym niż inne, o ile władze klubów piłkarskich przymykają na to oko. Nie istnieją zatem żadne „porachunki kibiców” – kibice ani się nie tłuką, ani nie tną bagnetami, ani nie szlachtują maczetami. Są tylko bandyci, którzy decydują, że założą szalik biały a nie czarny; że pójdą uprawiać bandyckie rzemiosło na stadion, a nie w miasto. To ich nie czyni kibicami. Wyrywanie foteli w filharmonii nie czyni z bandziora melomana. Okradanie ludzi w kościele nie czyni z bandziora rzymskiego katolika.

Nie jest żadną sensacją, że przestępcy stadionowi albo są werbowani przez grubsze ryby świata przestępczego (czy też: lokalnych światków przestępczych), albo w pewnym momencie sami stają się grubszymi rybami.

Ale po co nazywać tych ludzi „kibicami”, ich liderów – „szefami kibiców”, a ich dintojry – „porachunkami kibiców”? Co dziennikarzom zrobiła piłka nożna, że ją do tego mieszają? Akurat oni już dawno powinni dostrzec, że piłka nożna nie ma z tym nic wspólnego.

środa, 19 stycznia 2011

Ich Komsomolec, nasz tupolew - czyli masa krytyczna

Lot tupolewa do Smoleńska i próba przyjęcia tam tego samolotu to było czołowe zderzenie bajzlu polskiego z bardakiem rosyjskim (parafrazuję – świetnych swoją drogą – Majewskiego i Reszkę). Tu-154 się rozbił, ponieważ masa krytyczna ogólnego bałaganu została przekroczona. Raport MAK i aneks doń komisji Millera pokazują nam to wyraźnie


Strona polska i rosyjska reagują na bałagan na własnym podwórku przewidywalnie. „Nasz raport będzie jeszcze bardziej bolesny niż raport MAK… Musimy wyciągnąć wnioski… Nie uciekamy od odpowiedzialności…” – punktują się polskie władze, jakby chciały się wykazać niezbędnym minimum mądrości po szkodzie. Żeby zaczęła się publiczna dyskusja o 36. pułku, żeby ktoś wykonał pierwszy krok po rozum do głowy, musiały się rozbić (w bardzo podobny sposób) dwa wojskowe samoloty. Mimo to wiemy, że to wciąż co najmniej o jedną tragedię za mało, żeby zdymisjonować ministra obrony.


Na Wschodzie też bez zmian. Rosjanie zamiatają pod dywan wszystko to, co – jak sądzą – może zaszkodzić opinii o ich państwie jako mocarstwie. Mieszkają w kraju, który z dziada pradziada nauczył ich obsesji tajności i strachu przed jawnością. Można więc sobie pozwolić na to, by na lotnisku był popsuty radar – ale kiedy wyniknie z tego katastrofa, nie można dopuścić, by ktokolwiek z zewnątrz się o tym dowiedział.

Administrowanie codziennym, swojskim bałaganem daje iluzję kontroli nad nim. Ale ta iluzja nie przewiduje sytuacji kryzysowej, choćby i była ona wywołana czynnikami niezależnymi i obiektywnymi (pogoda). A jeśli się kryzysu nie przewiduje, to się nie wie do czego ręce włożyć, kiedy on przychodzi. To dotyczy zarówno rosyjskich kontrolerów i ich zwierzchników, jak i polskich pilotów i ich zwierzchników. W sytuacji kryzysowej to, co było na co dzień elementem swojskiego bałaganu – takim jak oświetlenie lotniska bez żarówek czy przełożony, który ma zwyczaj siadać za plecami – zaczyna pracować na katastrofę.

Miewam gorzką satysfakcję, kiedy coś z czymś kojarzę, do czegoś odsyłam, szukam analogii – a potem się okazuje, że to było skojarzenie trafne. Ze dwa miesiące po katastrofie smoleńskiej wziąłem do rąk „W rajskiej dolinie wśród zielska” Hugo-Badera i trafiłem tam na opowieść o „Komsomolcu” – niezatapialnym sowieckim okręcie podwodnym, który zatonął.

wtorek, 4 stycznia 2011

Reklama kontekstowa

Z cyklu: „Google’s stuff, not mine”

Znajdź detal łączący oba obrazki:



niedziela, 21 listopada 2010

Co słychać?

Gdyby kogoś interesowało, co się dzieje i dlaczego znowu tak wychodzi, że tu nie piszę:

- byłem na dużym stażu w dużej firmie,
- przez dwa miesiące przewertowałem jakieś 800 wydań gazet codziennych w poszukiwaniu materiałów, a potem wertowałem te materiały w liczbie jakichś 6 tysięcy, żeby w końcu napisać pracę magisterską na 114 stron i obronić ją na 2 x 5. To oznacza, że liczba moich tytułów naukowych wzrosła o 100%, jak niegdysiejsza roczna produkcja lokomotyw w Albanii – czyli z jednego do dwóch,
- wziąłem udział w akcji „Tu jest Polska" portalu Onet.pl. Przez kolejne dwa tygodnie odwiedziłem siedem różnych miejscowości w południowej Polsce i napisałem z nich siedem reportaży-widokówek, a do nich siedem notek na bloga akcji. Jeśli ktoś ma ochotę czytać, komentować, krytykować, chwalić  – oczywiście zachęcam,
- próbuję nadrabiać zaległości związkowe i towarzyskie.
- moja ambicja zabija mnie, ambicja to mój wróg, ambicja to moja szalona religia itd., wicie rozumicie...

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Sędzia, powtórka i suma szczęścia



Niemcy i Argentyńczycy sami zrobili wystarczająco wiele, by nie można było im zarzucić, że to sędziowie przepchnęli ich do ćwierćfinału. Jeśli więc Özil i Müller mogą tak pięknie grać, a Tevez tak pięknie strzelać – to czemu nie możemy się tym po prostu zachwycać, tylko musimy przy okazji zatykać nosy?

Obejrzawszy setki meczów piłkarskich zaobserwowałem taką oto prawidłowość, że suma szczęścia zawsze wychodzi na zero. Drużynie, której los podarował zwycięskiego gola w 90. minucie, ten sam los ześle kiedyś w podobnych okolicznościach porażkę. Strzelili gola ze spalonego? Kiedyś po spalonym go stracą. Może dopiero za parę lat, ale co się odwlecze... Sędzia nie uznał naszym prawidłowej bramki? Nie gwizdnął dla naszych karnego? Naszym też ktoś kiedyś strzeli prawidłowego gola; przeciwnikom też się będzie należeć karny - i wtedy to naszym się upiecze.
  
Uświadomienie sobie tej prawidłowości pozwala się godzić z porażką naszych i temperować emocje, kiedy naszym się akurat w okolicznościach irracjonalnych oberwie. Możecie sobie na ten przykład wyobrazić, jak się czuł po takim meczu kibic Bayernu?


Ale też reguła „sumy szczęścia” bywa objawem rozpaczliwej bezradności, kiedy wynik meczu wypacza sędzia. Bezradność piłkarza bywa totalna: może on zrobić absolutnie wszystko jak należy, a sędzia może to zbyć machnięciem ręki... Podnoszą się po wczorajszym „golu” (jakaż to ironia, że trzeba będzie o takim trafieniu pisać w cudzysłowie!) Lamparda głosy, że to „chichot historii”, że angielska „suma szczęścia” wyszła na zero po golu finałowej bramce-niewidce Hursta sprzed prawie pół wieku.
  
Buntuję się przeciw temu nie tylko dlatego, że od Anglików (jakkolwiek nie grających w ostatnich dekadach porywającego futbolu) los już przez lata żądał spłaty odsetek od uznania gola Hursta. Wystarczy tu wspomnieć „rękę Boga” (1986) czy dziwaczne decyzje sędziowskie z meczów z Argentyną i Portugalią (1998 i 2004, w obu przypadkach nieuznane bramki).
  
Tyle że wcale nie chodzi ani o krzywdę Anglii, ani o krzywdę Meksyku – choć dziś mówimy o nich właśnie. W najogólniejszym sensie chodzi o to, że dopóki sędziowie nie będą mogli korzystać z powtórek, żadna drużyna nie może się czuć bezpiecznie – każda może przez 89 minut pracować, a w 90. minucie zostać z owoców własnej pracy orżnięta. Jak znam retorykę działaczy FIFA, pewnie nazwaliby ten stan równością szans.
  
Należy więc sędziom ten dostęp zapewnić. Argumenty przeciw temu postulatowi są bałamutne.
  
Pierwszy: że analiza replay’ów w spornych sytuacjach rozwlecze grę. Nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, dlaczego miałoby ją to rozwlekać bardziej niż dzisiejsze kilkuminutowe awantury z udziałem wianuszka piłkarzy obu drużyn, wrzeszczących na sędziego głównego, kiedy ten konsultuje decyzję z liniowym.
  
Drugi: że gra w piłkę nożna powinna wyglądać tak samo we wszystkich rozgrywkach. Tak jakby od lat nie było tak, że na podwórku robi się słupki z plecaków, a szatnie i nawierzchnie boisk w okręgówkach są gorsze niż w ekstraklasach. Futbol – czy też raczej: jego nadbudowa – nie wygląda tak samo na poziomie mistrzowskim, profesjonalnym i amatorskim. Nie wiem, dlaczego dostęp sędziów do powtórek ma być traktowany inaczej niż jak elektroniczne tablice pokazujące zmiany czy doliczone minuty gry.
  
Trzeci: że wpuszczenie do futbolu takiej technologii zabije „ducha gry”. To bzdura ze wszystkich trzech największa. Tak jakby obracanie przez sędziego wniwecz heroicznego czasem wysiłku piłkarzy nie zabijało „ducha gry”. Zadaniem technologii nie jest zastępować sędziego – tylko pomagać mu w podjęciu właściwej decyzji. W przypadkach takich jak w meczu Argentyna-Meksyk okazuje się na dodatek, że ta technologia po prostu już wszędzie jest! Mają do niej bieżący dostęp kibice na trybunach i przed telewizorami, dziennikarze, nawet ławki rezerwowych.
  
Wszyscy, tylko nie sędzia. Mamy więc do czynienia z sytuacją horrendalną: to człowiek, który jednoosobowo i nieodwołalnie wydaje o czymś werdykt, ma o tym czymś jednocześnie najmniejsze pojęcie. Nie chcę zdejmować z sędziów odpowiedzialności za błędy w sztuce – ale kiedy utrudniamy uczciwym podejmowanie właściwych decyzji, rozgrzeszamy jednocześnie tych, którzy wypaczają wyniki meczów celowo, świadomie i dla korzyści.
  
Nie wiemy, co teraz zrobi FIFA. Albo raczej: wiemy aż za dobrze. Dlatego na koniec - coś z zupełnie innej beczki (z pozoru):


[Wiadomo, że chodzi w tym youtubie tylko o audio - za to zwracam uwagę, że na oryginalnej stronie można sobie jeszcze dla podkręcenia nastroju nacisnąć ikonkę-wuwuzelkę]

sobota, 26 czerwca 2010

W Afryce bez zmian


To pierwszy mundial w Afryce, a w 1/8 finału zobaczymy tylko jedną drużynę z tego kontynentu. Co sprawia, że afrykańskie reprezentacje chcą, ale nadal nie mogą?

Oczekiwania wobec kolejnych zespołów z tego kontynentu rozdyma się co cztery lata ponad miarę. Tymczasem odkąd Afryka ma na mundialu co najmniej pięć miejsc (1998), w ćwierćfinale reprezentowana była tylko raz, przez Senegal. Dziś do fazy pucharowej przebiła się tylko Ghana. Tak jak zresztą na ostatnim mundialu.

Niby coraz więcej piłkarzy z Afryki gra w Europie, odgrywając w swoich drużynach role znaczące (w największym chyba stopniu dotyczy to WKS). Na różnych pozycjach. Może się wydawać, że wystarczy tych facetów skrzyknąć i posłać na boisko... Tymczasem przebieg tych mistrzostw dla Afryki potwierdza niestety kilka innych, zgoła negatywnych stereotypów dotyczących afrykańskich piłkarzy.

 Obserwacja pierwsza – są chimeryczni, niekonsekwentni. Zachwycają techniką, szybkością i inicjatywą, by po chwili w niewytłumaczalny sposób oddawać pole. Można to zobaczyć zarówno w pojedynczym meczu (ot, choćby Nigeria-Grecja sprzed paru dni), jak i całych rozgrywek. 12 lat temu Nigeria wyszła z grupy na paluszkach – myślał ktoś, że w 1/8 finału polegnie w taki sposób z Danią?
  

Obserwacja druga: mistrzostwo w marnowaniu własnego wysiłku. Ci zawodnicy potrafią zmarnować sytuacje bramkowe z lekceważeniem proporcjonalnym do łatwości, z jaką je wcześniej stworzyli. Nie trzymają nerwów na wodzy – nawet tam i wtedy, gdzie i kiedy nie ma powodów do zdenerwowania… Mecz Kamerunu z Danią oglądało się miło, ale nie przesadzałbym z zachwytami – to jednak Dania potrafiła zamienić dwie okazje na dwa gole, a liczbą okazji spapranych przez Eto’o i kolegów można by obdzielić kilka spotkań.

 Obserwacja trzecia: jakie piękne katastrofy! Ogląda się mecze afrykańskich drużyn z dużą przyjemnością, a jednocześnie z pewnością, że nic dobrego z tego nie wyniknie, że to tylko para w wuwuzele… pardon, w gwizdek. Kiedy wszystko idzie dobrze, niewiele z tego wynika. Kiedy idzie źle… no właśnie, i tu obserwacja czwarta: afrykańscy piłkarze rozklejają się w obliczu niesprzyjających okoliczności. Pękają.
  
Te obserwacje oczywiście nie dotyczą Ghany – bo awansowała – i Algierii – bo była z każdego punktu widzenia zbyt słaba, by awansować. Mówię o drużynach, których reprezentanta ma lub chce mieć u siebie niemal każdy liczący się klub w Europie. Ci piłkarze muszą szukać prawdziwych sukcesów właśnie tam.

środa, 23 czerwca 2010

USA - sprawiedliwość równo z syreną


W 91. minucie Donovan wepchnął piłkę do bramki i sprawiedliwości stało się zadość. Gdyby Amerykanie nie awansowali do 1/8 finału, byłoby to jedno z największych paskudztw tego turnieju

W meczu ze Słowenią nie uznano Amerykanom prawidłowo zdobytej bramki – najpewniej byłby to gol zwycięski. W pierwszej połowie spotkania z Algierią trafił Dempsey – również prawidłowo i również tego gola sędzia nie uznał. Gdyby nie game-winner Donovana, amerykańscy piłkarze mieliby prawo wyrażać zza pleców Anglików i Słoweńców pretensje. Ale oni nie jęczą, tylko grają – to jest w nich najbardziej imponujące.

To reprezentacja, która od dwóch dekad odnotowuje stały postęp. W 1990 r. (od tego czasu są na mundialu bez przerwy) przegrali wszystkie mecze w grupie. Cztery lata później, jako gospodarze, mieli sporo szczęścia, wychodząc do 1/8 finału. Zniżkę formy z 1998 r. zrekompensowali w następnych mistrzostwach ćwierćfinałem. Cztery lata temu potrafili zremisować w grupie z Włochami. Nikomu już dzisiaj nie przychodzi do głowy traktowanie reprezentacji tego kraju protekcjonalnie tylko dlatego, że nazywają tam futbol soccerem.

Śmiejemy się z hollywoodzkich happy endów, z „Rocky’ego”, przewidywalnych dramatów sportowych, z Najgorszego-w-Drużynie, który w Ostatniej Sekundzie trafia w Zwolnionym Tempie do kosza. Kpimy ze Stallone’a, którego naziści kopią po buzi, sędzia gwiżdże karnego w ostatniej minucie, a on i tak obroni i jeszcze Niemcom z obozu ucieknie:


Nie wiemy, czy to z filmów amerykańscy sportowcy uczą się, że USA zawsze wygrywa. Ale skoro możemy dziś zobaczyć takie epizody jak ostatnie chwile meczu z Algierią, to jakie to ma znaczenie?
  
Nie wiem, czy jest dziś w RPA jakaś inna drużyna, która – gdy los jej coś odbiera i na kolanach ją zostawia – potrafi zebrać się do pionu, złapać los za fraki i tak mu pociągnąć z dyńki, żeby oddał. Dlatego kibicujcie Amerykanom.

środa, 16 czerwca 2010

Pierwszy błysk na tle

Mecz Brazylii z Koreą Północną na tle pierwszych pięciu dni mundialu był błyskiem. A już dziś wieczorem rusza druga kolejka meczów grupowych. Oby to oznaczało, że drużyny wreszcie zaczną grać o zwycięstwo

Też byliście w pierwszej połowie w szoku, że Koreańczyki trzymają się mocno? Też się cieszyliście, kiedy strzelili bramkę? Też mieliście wrażenie, że oglądacie inny mecz niż Szpakowski i Lubański?

Dam sobie spokój z opisywaniem dylematu, który się we mnie pojawia na myśl o kibicowaniu piłkarzom KRL-D. Opisał świetnie tę kwestię Rafał Stec. W mniejszym stopniu zgadzam się natomiast z porównaniem wczorajszego meczu do niedawnego starcia Barcelony z Interem na Camp Nou. Za to pewien jestem, że komentujący wczoraj Szpakowski z Lubańskim bredzili okrutnie (co nie jest zaskoczeniem). Drużyna Korei Północnej ani nie wyszła bowiem na boisko z nastawieniem rozpaczliwym, ani potem go nie nabrała. Po prostu wiedziała, jakie środki może Brazylii przeciwstawić – i robiła to. Do pewnego momentu zresztą bardzo dobrze jej to wychodziło.

Ale wczorajszy mecz odbiegał poziomem od tego, co na ogół można było zobaczyć w pierwszej kolejce mundialu. Większość spotkań wyglądała jak kopanina. Niektóre drużyny wydawały się bezradne, pozbawione pomysłu. Bramek padło niewiele, pasjonujący mecz (poza tym wczorajszym) jeszcze się nie przytrafił, żaden piłkarz nie błysnął. Wszyscy pilnują, żeby za bardzo nie zaszaleć, bo skoro każda drużyna może wcisnąć bramkę (Nowa Zelandia), to znaczy również, że każda może ją stracić… Pierwsze dni mundialu byłyby średnią reklamą futbolu dla kogoś, kto się nim nie interesuje.

Ale też przyznajcie Państwo – pojawia się w takich warunkach niebezpieczna supozycja, że skoro grają na Mistrzostwach drużyny zgoła słabe, to mogliby tam przecież grać także i nasi Orli. Może nawet lepiej by grali niż Słowacy czy inni Antypodzi?

Otóż – Orli już tam byli. Ja chyba wolę sobie obejrzeć, jak Kaka z Robinho forsują na boisku 38 równoleżnik, niż oglądać konferencję polskiej reprezentacji z kucharzem w roli głównej. Albo czytać raport Janasa. Od Południowej Korei nasi już na mundialu oberwali – do wczoraj byłem przekonany, że Północną nawet Błaszczykowski z Lewandowskim wzięliby na widelec. Dziś już w to powątpiewam.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

El Amor en los Tiempos del Mundial

- Mamy zaproszenie na jutrzejsze popołudnie – mówi w sobotę ukochana. Jedziemy więc w miłe miejsce, do fajnych ludzi, z trzech niedzielnych meczów oglądam tylko jeden. O trudnych wyborach czasu mundialu

W czerwcu 1994 r. byłem z rodziną na weselu, z którego się urwałem, żeby obejrzeć mecz Rumunia-Kolumbia, rozgrywany o koszmarnej – jak na polskie realia czasowe – porze. Ten mecz się dla mnie skończył gdzieś na 20 min. przed końcem, bo rodzice zarządzili powrót do domu. A to był, proszę Państwa, naprawdę dobry futbol – więc była rozpacz i awantura. No bo co w końcu, kurczę blade! – jako widz traktowałem „mój” pierwszy mundial bezkompromisowo ;-).

Oglądanie dwóch-trzech meczów dziennie bez poczucia przesytu – to jest właśnie frajda dla kibica. Ale umówmy się – poza przypadkami fanatycznymi rzadko mieszka się samemu i nie ma się nic do roboty poza oglądaniem piłki nożnej przez sześć godzin dziennie. Jakiś kompromis z rzeczywistością trzeba zawierać – dlatego Algierię ze Słowenią można sobie czasem odpuścić.

Ale mundial to czas kompromisu nie z rzeczami, lecz przede wszystkim z ludźmi. Nawet jeśli wasza żona/dziewczyna/gej-partner akceptuje waszą piłkarską pasję w formie transmisji raz na tydzień, to niekoniecznie musi się okazać jej sprzymierzeńcem, kiedy ta włazi do domu drzwiami, oknami, w 42 calach, 64 meczach i 100 herzach. Empatia to klucz – jeśli oczekujecie wyrozumiałości, to sami bądźcie wyrozumiali. Jeśli wasza kobieta lubi „Gotowe na wszystko” albo jazdę figurową na lodzie, a wam to nie przeszkadza – to spróbujcie sobie wyobrazić, że ona na miesiąc siada przed telewizorem i ogląda toto przez pół dnia, a do was się zwraca w tym czasie w kwestiach wyłącznie organizacyjnych. Świetna perspektywa, prawda?

No więc – my byliśmy wczoraj w miłym miejscu, u fajnych ludzi, z trzech meczów obejrzałem tylko jeden. Dzisiaj ukochana wróci z pracy, a w tle wspólnej kolacji będzie zapewne lecieć mecz Włochy-Paragwaj. A po nim pewnie zrobimy trzecie podejście do nowego filmu braci Coenów, a ja – tak jak przy dwóch poprzednich – zasnę, bo taki będę zmęczony oglądaniem meczów. A jutro: od nowa, Polska ludowa. Zwariować można od takiego tego.

„- Ale kochasz mnie, prawda...?
- No a co mam z tobą zrobić?”

 Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre w mundial!

Anglia - nieprzewidywalność i kompleks farfocla

Remis Anglii z USA nie zaskakuje. Prawie dwie dekady oglądania meczów piłkarskich utrwaliły u mnie dwie obserwacje związane z reprezentacją Anglii. Pierwsza z nich: ci bardzo dobrzy piłkarze (a wśród nich – zawsze kilka europejskich gwiazd) nigdy nie umieli stworzyć drużyny solidnej i stylistycznie ciekawej, a tym samym zdolnej do odniesienia sukcesu

Anglia jest bezradna. Idzie mi nawet nie o koszmarny błąd bramkarza po strzale Dempsey’a – bardziej o to, jak cała drużyna reagowała na wydarzenia na boisku po przerwie. Kiedy widz ogląda mecz i wie, że za moment piłka pójdzie na skrzydło, a potem stamtąd pójdzie dośrodkowanie na główkę, to jest to dla widza nuda. Kiedy to samo wiedzą obrońcy przeciwnika, to jest to dla nich komfort. Anglicy przez całą drugą połowę nie umieli Amerykanom tego komfortu odebrać. I tak na ogół bywa – w przełomowych momentach Anglicy jakby zapominają o rozumie, a wracają do atawistycznego „wyspiarskiego stylu”. Tak się dzisiaj nie da wygrywać.

Anglia jest pełna sprzeczności. Ma Gerrarda, Lamparda, Rooney’a – nawet w takim meczu widać, jakiego formatu są to piłkarze. Ale też widać dysonans pomiędzy tym, jak wiele wnoszą do gry swoich drużyn klubowych, a tym, jaką rolę grają w kadrze i w jakim otoczeniu to robią. W zróżnicowanym, międzynarodowym towarzystwie potrafią błyszczeć – pomiędzy rodakami z kadry jakoś nie. Koledzy z drużyn klubowych jakoś potrafią im pomóc i z ich pomocy korzystać – koledzy z reprezentacji jakoś nie.

Anglia jest niestabilna i nieprzewidywalna. Turnieje z jej udziałem zyskują, a bez niej tracą. Bywa, że rozgrywa na nich mecze wielkie. Pokazuje Europie i światu bezczelnych chłopaczków w rodzaju Owena czy Rooney'a, którzy stają się gwiazdami. Ale kiedy przychodzi do gry o stawkę, ponosi Anglia ciągłe porażki. Wiele z nich – w okolicznościach niewyjaśnionych lub idiotycznych (bliźniaczo podobne mecze z Rumunią w 1998 i 2000 r. czy przegrana z Francją w ciągu ostatniej minuty w 2004 r.). Przegrywa mecze, których przegrać nie musiała (z Argentyną - MŚ'98 – czy Portugalią - ME'2004).
  
Anglia ma kompleksy. Na samą myśl o konkursie karnych jej piłkarzom drżą nogi (przegrywali w ten sposób i na MŚ: 1998, 2006, i na ME: 1996, 2004). I jeszcze rzecz, kto wie czy nie najgorsza dla tej drużyny: zespół chorobowy bramkarza-partacza. Kiedy Anglia gra na mundialu czy euro Naprawdę Ważny Mecz, można być pewnym, że bramkarz nigdy jej z opresji nie ocali. Za to tylko patrzeć, jak zaraz coś spieprzy. Co robił Nigel Martyn w meczu z Rumunią, widać już było na filmiku linkowanym wyżej. A tu Inny przykład (śmiech się zaczyna w okolicach 3:50):


Kiedy przypomnimy sobie jeszcze sprokurowane przez Robinsona czy Carsona farfocle , które kosztowały tę drużynę udział w Euro’2008, nie uznamy sobotniego kiksu Roberta Greena za wyczyn, lecz za objaw rzeczonego zespołu chorobowego. Nie genetycznego wprawdzie (Gordon Banks czy Peter Shilton to były gwiazdy swoich epok), ale dziś przewlekłego i nawracającego.

 Z dużym prawdopodobieństwem można więc dziś powiedzieć, że Anglia wprawdzie do fazy pucharowej awansuje, ślad jakiś po sobie zostawi, ale ćwierćfinał to chyba dla tej drużyny maksimum.

A jaka jest ta druga - ze wspomnianych na początku - moja obserwacja dotycząca angielskiej reprezentacji? Otóż, kryzys czy nie kryzys, mecz czy rewanż, lepszy czy gorszy bramkarz – postawić tylko przed Anglikami Polaków, a natychmiast złoją im dupę.

sobota, 12 czerwca 2010

Moje początki Mistrzostw Świata


Dlaczego pierwszy dzień Mistrzostw Świata jest fajny? Bo jest pierwszym dniem Mistrzostw Świata

Lubię czynność odliczania dni do mundialu - co cztery lata, na przełomie maja i czerwca. To odliczanie przebiega zawsze w tle czynności zgoła codziennych, dzięki temu człowiek może się któregoś dnia obudzić i stwierdzić, że mecz otwarcia w zasadzie już dziś. Wspominam te spotkania jako na ogół mizerne, choć niepozbawione emocji. A widziałem te z nich:

Inauguracja inauguracyjna 
W 1994 r. (moje pierwsze w pełni świadomie oglądane MŚ) przysnąłem w przerwie meczu Niemcy-Boliwia i obudziła mnie dopiero nieco śmieszna bramka Klinsmanna (akcja zaczyna się w okolicach 1:30).
Przez kolejnych parę lat Jürgen Klinsmann to był dla mnie jeden z pierwszych zawodników w kategorii: „z respektem”. Ci, co nie pamiętają, niech sobie poszukają na Youtube. Facet umiał strzelać wszystkim i z każdej pozycji.


Inauguracja samobójcza 
Cztery lata później Brazylijczycy wcale nie musieli wygrać ze Szkotami, ale ci drudzy się uparli, by ostrzeliwać bramkę swoją i przeciwnika z równym zapałem. A Brazylia bez wielkich cudów zrobiła dokładnie tyle, ile było trzeba.



Inauguracja robinhoodyczna
czyli coś dla uwielbiających mecze i turnieje z kategorii: „los bogatym zabiera, a biednym rozdaje”. Pierwszy mecz w 2002 r. - i od razu sensacja. Dla ówczesnych mistrzów świata ten mecz to był początek bolesnego zjazdu z ósmego piętra po schodach - nie wyszli na tym mundialu z grupy. Ich przeciwnicy za to wsiedli do ekspresowej windy, która zatrzymała się dopiero na wysokości ćwierćfinału. Francja wyglądała na przesadnie sytą - Senegal wydawał się głodny. Skończyło się tak:
 


Inauguracja beztroska
Cztery lata temu Niemcy pogonili Kostarykę - niespodzianką był nie wynik, ale to, że Niemcy grali momentami jak drużyna z Ameryki Płd.: tyleż finezyjnie w ataku, co beztrosko w obronie. Z tego meczu warto pamiętać bramkę pierwszą i ostatnią: 




2010 - Inauguracja uciążliwa
W piątkowym meczu otwarcia działo się, poza dwiema bramkami, niewiele. Wiadomo już natomiast na pewno, że dla kibica ten turniej będzie nieznośny. Wszystko przez tę cholerną trąbkę, która niby jest nieodłącznym elementem lokalnego obyczaju kibicowania, ale w którą autochtoni - jak się zdaje - dmą kompletnie bez związku z meczem i sytuacją na boisku.
Czy naprawdę w dobie sygnału HD i tanich ciekłokrystalicznych telewizorów telewizja nie może - na etapie realizacji transmisji - zrobić czegoś z tym jednostajnie wkurwiającym dźwiękiem?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Milczenie w żałobie..., cz. IV

Szantaż 4:
Jeden naród, jeden Wawel

Czy niektórzy komentatorzy naprawdę myślą, że z protestami spotkałaby się każda decyzja o miejscu pochówku prezydenckiej pary? (patrz: Robert Mazurek). Jakoś nie wierzę – skąd to domniemanie? Informacja, iż Lech Kaczyński z żoną zostaną pochowani np. w warszawskiej archikatedrze św. Jana, raczej zostałaby przyjęta właśnie jako informacja i nie wzbudziłaby poważniejszych kontrowersji – bo i dlaczego by miała?

Tymczasem „decyzja wawelska” jest kontrowersyjna i dyskusyjna (dla mnie: błędna), ale sposób, w jaki próbuje się ją przedstawiać jako niekontrowersyjną, pozadyskusyjną i post factum uzasadnioną, ma wiele wspólnego z szantażem na kilku poziomach.

Po pierwsze: ze względu na czas. Ta decyzja po prostu nie była z dzisiejszego punktu widzenia niezbędna, można było ją odłożyć na czas spokojniejszy – właśnie z uwagi na jej nieodwracalność. Ja nie chciałem się w tamtym tygodniu zastanawiać – i mam przekonanie, że Polacy również – jakim prezydentem był Lech Kaczyński; czy „zasłużył się” wystarczająco, czy tylko troszeczkę. Nie szukałem odpowiedzi na to pytanie i nie jestem nawet pewien, czy w ciągu najbliższej dekady będzie można na nie odpowiedzieć. Tymczasem „decyzja wawelska” zmusza do tego typu refleksji – całkiem, przyznajmy to, mało żałobnej.

Po drugie: ze względu na tryb. Decyzja o tym, kogo naród zalicza do swojego panteonu, powinna należeć do tego narodu. Nie w drodze referendum, nie w drodze plebiscytu, za to co najmniej w drodze rozmowy. Tymczasem taki tryb podjęcia tej decyzji rozmowę uniemożliwia, skaża ją swoistym „grzechem pierworodnym” – bo co to za rozmowa, w której jedni krzyczą: „Lech Kaczyński!”, a drudzy milczą, bo i co mają zrobić?

Po trzecie: ze względu na konsekwencje. Czy po tym, jak abp. Dziwisz podparł się w swoim uzasadnieniu wyimaginowanym „poparciem narodu” i odwołał do retoryki wojenno-heroicznej, przeczytamy za lat kilka z podręczników do współczesnej historii Polski, że „naród w patriotycznym uniesieniu przejrzał na oczy” i mimo sprzeciwów kilku łobuzów spod kurii „zdecydował o pochowaniu wśród królów bohatera-męczennika Lecha Kaczyńskiego”? Czy ktoś napisze, że narodu nie spytano o opinię na ten temat?

Szantaż „wawelski” polega więc nie tylko na tym, że naród na tę decyzję nie miał wpływu, ale na tym, że nie można okazać sprzeciwu wobec niej, nie narażając się jednocześnie na zarzuty braku patriotyzmu, nieprzyzwoitości, niemoralności itd.

Uważam krzykliwe protesty pod krakowską kurią za nietakt wyjątkowy – tyle że ustawianie protestujących w roli tych, którzy zerwali żałobny „pakt milczenia” (tak jak to robi np. Piotr Semka) jest myleniem przyczyny ze skutkiem. Jeśli w środek tej żałoby wrzucono granat, była nim niestety właśnie „decyzja wawelska” i sposób jej uzasadnienia przez abp. Dziwisza. Semka prezentował przy tym logikę dość horrendalną: Czym innym byłaby dyskusja przed decyzją (…), a czym innym jest dziś, gdy towarzyszą jej internetowe wezwania do kolejnych pikiet. Nie wiem więc, czy dziennikarz „RP” sugeruje, że jakaś dyskusja o miejscu pochówku w ogóle się odbyła, czy może twierdzi, że należało się tej decyzji sprzeciwiać, kiedy nikt jeszcze o niej nie wiedział?

Spór o miejsce pochówku prezydenckiej pary jest realny. Marginalny jest zaś tylko w tym znaczeniu, że w czasie „paktu milczenia” został wypchnięty z głównego nurtu. Ale już rozgorzał i trwa, Polacy go toczyli, toczą i toczyć będą – w domu, w pracy, wśród znajomych, a wkrótce: w sferze publicznej. Bowiem „pakt milczenia lub mówienia dobrze” zawieramy w imię respektowania dobrego obyczaju, a nie po to, by wypisywać komentatorom i publicystom, a już zwłaszcza: władzom świeckim lub kościelnym blank check  na korzystanie z naszego milczenia. Milczenie w żałobie nie jest znakiem zgody.