czwartek, 20 stycznia 2011

Granica, za którą już nie ma kibica

Na tle morderstwa, do jakiego doszło w poniedziałek na Kurdwanowie, można byłoby wytłumaczyć dużej części opinii publicznej kilka oczywistych, zdawałoby się, spraw. To będzie niemożliwe, dopóki media będą w kontekście takich zdarzeń mówić i pisać np. o „porachunkach kibiców”

Ta egzekucja, jak i kilka innych tragedii kojarzonych powszechnie z tłem „szalikowym”, uświadamia jedną rzecz tyleż prostą, co zasadniczą: nie ma niczego takiego jak bandytyzm stadionowy. Istnieje po prostu mniej albo bardziej zorganizowana przestępczość. Stadion może być dla niej terenem działania o tyle tylko lepszym niż inne, o ile władze klubów piłkarskich przymykają na to oko. Nie istnieją zatem żadne „porachunki kibiców” – kibice ani się nie tłuką, ani nie tną bagnetami, ani nie szlachtują maczetami. Są tylko bandyci, którzy decydują, że założą szalik biały a nie czarny; że pójdą uprawiać bandyckie rzemiosło na stadion, a nie w miasto. To ich nie czyni kibicami. Wyrywanie foteli w filharmonii nie czyni z bandziora melomana. Okradanie ludzi w kościele nie czyni z bandziora rzymskiego katolika.

Nie jest żadną sensacją, że przestępcy stadionowi albo są werbowani przez grubsze ryby świata przestępczego (czy też: lokalnych światków przestępczych), albo w pewnym momencie sami stają się grubszymi rybami.

Ale po co nazywać tych ludzi „kibicami”, ich liderów – „szefami kibiców”, a ich dintojry – „porachunkami kibiców”? Co dziennikarzom zrobiła piłka nożna, że ją do tego mieszają? Akurat oni już dawno powinni dostrzec, że piłka nożna nie ma z tym nic wspólnego.

środa, 19 stycznia 2011

Ich Komsomolec, nasz tupolew - czyli masa krytyczna

Lot tupolewa do Smoleńska i próba przyjęcia tam tego samolotu to było czołowe zderzenie bajzlu polskiego z bardakiem rosyjskim (parafrazuję – świetnych swoją drogą – Majewskiego i Reszkę). Tu-154 się rozbił, ponieważ masa krytyczna ogólnego bałaganu została przekroczona. Raport MAK i aneks doń komisji Millera pokazują nam to wyraźnie


Strona polska i rosyjska reagują na bałagan na własnym podwórku przewidywalnie. „Nasz raport będzie jeszcze bardziej bolesny niż raport MAK… Musimy wyciągnąć wnioski… Nie uciekamy od odpowiedzialności…” – punktują się polskie władze, jakby chciały się wykazać niezbędnym minimum mądrości po szkodzie. Żeby zaczęła się publiczna dyskusja o 36. pułku, żeby ktoś wykonał pierwszy krok po rozum do głowy, musiały się rozbić (w bardzo podobny sposób) dwa wojskowe samoloty. Mimo to wiemy, że to wciąż co najmniej o jedną tragedię za mało, żeby zdymisjonować ministra obrony.


Na Wschodzie też bez zmian. Rosjanie zamiatają pod dywan wszystko to, co – jak sądzą – może zaszkodzić opinii o ich państwie jako mocarstwie. Mieszkają w kraju, który z dziada pradziada nauczył ich obsesji tajności i strachu przed jawnością. Można więc sobie pozwolić na to, by na lotnisku był popsuty radar – ale kiedy wyniknie z tego katastrofa, nie można dopuścić, by ktokolwiek z zewnątrz się o tym dowiedział.

Administrowanie codziennym, swojskim bałaganem daje iluzję kontroli nad nim. Ale ta iluzja nie przewiduje sytuacji kryzysowej, choćby i była ona wywołana czynnikami niezależnymi i obiektywnymi (pogoda). A jeśli się kryzysu nie przewiduje, to się nie wie do czego ręce włożyć, kiedy on przychodzi. To dotyczy zarówno rosyjskich kontrolerów i ich zwierzchników, jak i polskich pilotów i ich zwierzchników. W sytuacji kryzysowej to, co było na co dzień elementem swojskiego bałaganu – takim jak oświetlenie lotniska bez żarówek czy przełożony, który ma zwyczaj siadać za plecami – zaczyna pracować na katastrofę.

Miewam gorzką satysfakcję, kiedy coś z czymś kojarzę, do czegoś odsyłam, szukam analogii – a potem się okazuje, że to było skojarzenie trafne. Ze dwa miesiące po katastrofie smoleńskiej wziąłem do rąk „W rajskiej dolinie wśród zielska” Hugo-Badera i trafiłem tam na opowieść o „Komsomolcu” – niezatapialnym sowieckim okręcie podwodnym, który zatonął.

wtorek, 4 stycznia 2011

Reklama kontekstowa

Z cyklu: „Google’s stuff, not mine”

Znajdź detal łączący oba obrazki:



niedziela, 21 listopada 2010

Co słychać?

Gdyby kogoś interesowało, co się dzieje i dlaczego znowu tak wychodzi, że tu nie piszę:

- byłem na dużym stażu w dużej firmie,
- przez dwa miesiące przewertowałem jakieś 800 wydań gazet codziennych w poszukiwaniu materiałów, a potem wertowałem te materiały w liczbie jakichś 6 tysięcy, żeby w końcu napisać pracę magisterską na 114 stron i obronić ją na 2 x 5. To oznacza, że liczba moich tytułów naukowych wzrosła o 100%, jak niegdysiejsza roczna produkcja lokomotyw w Albanii – czyli z jednego do dwóch,
- wziąłem udział w akcji „Tu jest Polska" portalu Onet.pl. Przez kolejne dwa tygodnie odwiedziłem siedem różnych miejscowości w południowej Polsce i napisałem z nich siedem reportaży-widokówek, a do nich siedem notek na bloga akcji. Jeśli ktoś ma ochotę czytać, komentować, krytykować, chwalić  – oczywiście zachęcam,
- próbuję nadrabiać zaległości związkowe i towarzyskie.
- moja ambicja zabija mnie, ambicja to mój wróg, ambicja to moja szalona religia itd., wicie rozumicie...

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Sędzia, powtórka i suma szczęścia



Niemcy i Argentyńczycy sami zrobili wystarczająco wiele, by nie można było im zarzucić, że to sędziowie przepchnęli ich do ćwierćfinału. Jeśli więc Özil i Müller mogą tak pięknie grać, a Tevez tak pięknie strzelać – to czemu nie możemy się tym po prostu zachwycać, tylko musimy przy okazji zatykać nosy?

Obejrzawszy setki meczów piłkarskich zaobserwowałem taką oto prawidłowość, że suma szczęścia zawsze wychodzi na zero. Drużynie, której los podarował zwycięskiego gola w 90. minucie, ten sam los ześle kiedyś w podobnych okolicznościach porażkę. Strzelili gola ze spalonego? Kiedyś po spalonym go stracą. Może dopiero za parę lat, ale co się odwlecze... Sędzia nie uznał naszym prawidłowej bramki? Nie gwizdnął dla naszych karnego? Naszym też ktoś kiedyś strzeli prawidłowego gola; przeciwnikom też się będzie należeć karny - i wtedy to naszym się upiecze.
  
Uświadomienie sobie tej prawidłowości pozwala się godzić z porażką naszych i temperować emocje, kiedy naszym się akurat w okolicznościach irracjonalnych oberwie. Możecie sobie na ten przykład wyobrazić, jak się czuł po takim meczu kibic Bayernu?


Ale też reguła „sumy szczęścia” bywa objawem rozpaczliwej bezradności, kiedy wynik meczu wypacza sędzia. Bezradność piłkarza bywa totalna: może on zrobić absolutnie wszystko jak należy, a sędzia może to zbyć machnięciem ręki... Podnoszą się po wczorajszym „golu” (jakaż to ironia, że trzeba będzie o takim trafieniu pisać w cudzysłowie!) Lamparda głosy, że to „chichot historii”, że angielska „suma szczęścia” wyszła na zero po golu finałowej bramce-niewidce Hursta sprzed prawie pół wieku.
  
Buntuję się przeciw temu nie tylko dlatego, że od Anglików (jakkolwiek nie grających w ostatnich dekadach porywającego futbolu) los już przez lata żądał spłaty odsetek od uznania gola Hursta. Wystarczy tu wspomnieć „rękę Boga” (1986) czy dziwaczne decyzje sędziowskie z meczów z Argentyną i Portugalią (1998 i 2004, w obu przypadkach nieuznane bramki).
  
Tyle że wcale nie chodzi ani o krzywdę Anglii, ani o krzywdę Meksyku – choć dziś mówimy o nich właśnie. W najogólniejszym sensie chodzi o to, że dopóki sędziowie nie będą mogli korzystać z powtórek, żadna drużyna nie może się czuć bezpiecznie – każda może przez 89 minut pracować, a w 90. minucie zostać z owoców własnej pracy orżnięta. Jak znam retorykę działaczy FIFA, pewnie nazwaliby ten stan równością szans.
  
Należy więc sędziom ten dostęp zapewnić. Argumenty przeciw temu postulatowi są bałamutne.
  
Pierwszy: że analiza replay’ów w spornych sytuacjach rozwlecze grę. Nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, dlaczego miałoby ją to rozwlekać bardziej niż dzisiejsze kilkuminutowe awantury z udziałem wianuszka piłkarzy obu drużyn, wrzeszczących na sędziego głównego, kiedy ten konsultuje decyzję z liniowym.
  
Drugi: że gra w piłkę nożna powinna wyglądać tak samo we wszystkich rozgrywkach. Tak jakby od lat nie było tak, że na podwórku robi się słupki z plecaków, a szatnie i nawierzchnie boisk w okręgówkach są gorsze niż w ekstraklasach. Futbol – czy też raczej: jego nadbudowa – nie wygląda tak samo na poziomie mistrzowskim, profesjonalnym i amatorskim. Nie wiem, dlaczego dostęp sędziów do powtórek ma być traktowany inaczej niż jak elektroniczne tablice pokazujące zmiany czy doliczone minuty gry.
  
Trzeci: że wpuszczenie do futbolu takiej technologii zabije „ducha gry”. To bzdura ze wszystkich trzech największa. Tak jakby obracanie przez sędziego wniwecz heroicznego czasem wysiłku piłkarzy nie zabijało „ducha gry”. Zadaniem technologii nie jest zastępować sędziego – tylko pomagać mu w podjęciu właściwej decyzji. W przypadkach takich jak w meczu Argentyna-Meksyk okazuje się na dodatek, że ta technologia po prostu już wszędzie jest! Mają do niej bieżący dostęp kibice na trybunach i przed telewizorami, dziennikarze, nawet ławki rezerwowych.
  
Wszyscy, tylko nie sędzia. Mamy więc do czynienia z sytuacją horrendalną: to człowiek, który jednoosobowo i nieodwołalnie wydaje o czymś werdykt, ma o tym czymś jednocześnie najmniejsze pojęcie. Nie chcę zdejmować z sędziów odpowiedzialności za błędy w sztuce – ale kiedy utrudniamy uczciwym podejmowanie właściwych decyzji, rozgrzeszamy jednocześnie tych, którzy wypaczają wyniki meczów celowo, świadomie i dla korzyści.
  
Nie wiemy, co teraz zrobi FIFA. Albo raczej: wiemy aż za dobrze. Dlatego na koniec - coś z zupełnie innej beczki (z pozoru):


[Wiadomo, że chodzi w tym youtubie tylko o audio - za to zwracam uwagę, że na oryginalnej stronie można sobie jeszcze dla podkręcenia nastroju nacisnąć ikonkę-wuwuzelkę]

sobota, 26 czerwca 2010

W Afryce bez zmian


To pierwszy mundial w Afryce, a w 1/8 finału zobaczymy tylko jedną drużynę z tego kontynentu. Co sprawia, że afrykańskie reprezentacje chcą, ale nadal nie mogą?

Oczekiwania wobec kolejnych zespołów z tego kontynentu rozdyma się co cztery lata ponad miarę. Tymczasem odkąd Afryka ma na mundialu co najmniej pięć miejsc (1998), w ćwierćfinale reprezentowana była tylko raz, przez Senegal. Dziś do fazy pucharowej przebiła się tylko Ghana. Tak jak zresztą na ostatnim mundialu.

Niby coraz więcej piłkarzy z Afryki gra w Europie, odgrywając w swoich drużynach role znaczące (w największym chyba stopniu dotyczy to WKS). Na różnych pozycjach. Może się wydawać, że wystarczy tych facetów skrzyknąć i posłać na boisko... Tymczasem przebieg tych mistrzostw dla Afryki potwierdza niestety kilka innych, zgoła negatywnych stereotypów dotyczących afrykańskich piłkarzy.

 Obserwacja pierwsza – są chimeryczni, niekonsekwentni. Zachwycają techniką, szybkością i inicjatywą, by po chwili w niewytłumaczalny sposób oddawać pole. Można to zobaczyć zarówno w pojedynczym meczu (ot, choćby Nigeria-Grecja sprzed paru dni), jak i całych rozgrywek. 12 lat temu Nigeria wyszła z grupy na paluszkach – myślał ktoś, że w 1/8 finału polegnie w taki sposób z Danią?
  

Obserwacja druga: mistrzostwo w marnowaniu własnego wysiłku. Ci zawodnicy potrafią zmarnować sytuacje bramkowe z lekceważeniem proporcjonalnym do łatwości, z jaką je wcześniej stworzyli. Nie trzymają nerwów na wodzy – nawet tam i wtedy, gdzie i kiedy nie ma powodów do zdenerwowania… Mecz Kamerunu z Danią oglądało się miło, ale nie przesadzałbym z zachwytami – to jednak Dania potrafiła zamienić dwie okazje na dwa gole, a liczbą okazji spapranych przez Eto’o i kolegów można by obdzielić kilka spotkań.

 Obserwacja trzecia: jakie piękne katastrofy! Ogląda się mecze afrykańskich drużyn z dużą przyjemnością, a jednocześnie z pewnością, że nic dobrego z tego nie wyniknie, że to tylko para w wuwuzele… pardon, w gwizdek. Kiedy wszystko idzie dobrze, niewiele z tego wynika. Kiedy idzie źle… no właśnie, i tu obserwacja czwarta: afrykańscy piłkarze rozklejają się w obliczu niesprzyjających okoliczności. Pękają.
  
Te obserwacje oczywiście nie dotyczą Ghany – bo awansowała – i Algierii – bo była z każdego punktu widzenia zbyt słaba, by awansować. Mówię o drużynach, których reprezentanta ma lub chce mieć u siebie niemal każdy liczący się klub w Europie. Ci piłkarze muszą szukać prawdziwych sukcesów właśnie tam.

środa, 23 czerwca 2010

USA - sprawiedliwość równo z syreną


W 91. minucie Donovan wepchnął piłkę do bramki i sprawiedliwości stało się zadość. Gdyby Amerykanie nie awansowali do 1/8 finału, byłoby to jedno z największych paskudztw tego turnieju

W meczu ze Słowenią nie uznano Amerykanom prawidłowo zdobytej bramki – najpewniej byłby to gol zwycięski. W pierwszej połowie spotkania z Algierią trafił Dempsey – również prawidłowo i również tego gola sędzia nie uznał. Gdyby nie game-winner Donovana, amerykańscy piłkarze mieliby prawo wyrażać zza pleców Anglików i Słoweńców pretensje. Ale oni nie jęczą, tylko grają – to jest w nich najbardziej imponujące.

To reprezentacja, która od dwóch dekad odnotowuje stały postęp. W 1990 r. (od tego czasu są na mundialu bez przerwy) przegrali wszystkie mecze w grupie. Cztery lata później, jako gospodarze, mieli sporo szczęścia, wychodząc do 1/8 finału. Zniżkę formy z 1998 r. zrekompensowali w następnych mistrzostwach ćwierćfinałem. Cztery lata temu potrafili zremisować w grupie z Włochami. Nikomu już dzisiaj nie przychodzi do głowy traktowanie reprezentacji tego kraju protekcjonalnie tylko dlatego, że nazywają tam futbol soccerem.

Śmiejemy się z hollywoodzkich happy endów, z „Rocky’ego”, przewidywalnych dramatów sportowych, z Najgorszego-w-Drużynie, który w Ostatniej Sekundzie trafia w Zwolnionym Tempie do kosza. Kpimy ze Stallone’a, którego naziści kopią po buzi, sędzia gwiżdże karnego w ostatniej minucie, a on i tak obroni i jeszcze Niemcom z obozu ucieknie:


Nie wiemy, czy to z filmów amerykańscy sportowcy uczą się, że USA zawsze wygrywa. Ale skoro możemy dziś zobaczyć takie epizody jak ostatnie chwile meczu z Algierią, to jakie to ma znaczenie?
  
Nie wiem, czy jest dziś w RPA jakaś inna drużyna, która – gdy los jej coś odbiera i na kolanach ją zostawia – potrafi zebrać się do pionu, złapać los za fraki i tak mu pociągnąć z dyńki, żeby oddał. Dlatego kibicujcie Amerykanom.