poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Milczenie w żałobie..., cz. II

Szantaż 2:
Polska żałoba jako głos na Lecha Kaczyńskiego

Z obrazków, które mogliśmy oglądać w telewizji w ostatnim tygodniu, niektórzy publicyści wyciągnęli wniosek taki oto, że przeżywana wspólnie przez Polaków (w mediach, w parlamencie, na ulicach) żałoba przeistacza się w akt jakichś narodowych przeprosin, kierowanych pod adresem prezydenta Kaczyńskiego pośmiertnie.

Tym, co kieruje tylu ludzi na ulice, jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wyrządzonej Kaczyńskiemu – pisze w „Rzeczpospolitej” jej naczelny, Paweł Lisicki. Podobne tony pojawiły się i w innych komentarzach.

Nie wiadomo jednak, czy Polacy nad grobami ofiar katastrofy smoleńskiej doznali lub doznają nagłej politycznej iluminacji. Nie wiadomo, czy wpływ tej tragedii znajdzie jakieś odzwierciedlenie w zmianie postaw społecznych czy preferencji wyborczych. Nie wiem tego ja, nie wie też Paweł Lisicki. Ale ja nie udaję, że wiem. Za życzeniową uznaję więc sugestię pierwszą: że Polacy przejrzeli na oczy i wreszcie dostrzegli w tych dniach prawdziwego Lecha Kaczyńskiego, nie takiego, jakiego pokazywały im przez całą kadencję media; i drugą: że w konsekwencji teraz Polacy na pewno by na niego zagłosowali, tylko nie bardzo mogą.

W czasie, kiedy nie wszyscy chcą wchodzić w polemikę na ten temat, warto się z takimi diagnozami wstrzymać. Moja prywatna próba godnego uczczenia pamięci prezydenta Kaczyńskiego i innych ofiar katastrofy smoleńskiej to nie to samo, co przyznanie racji idei IV RP. Nie śmiałbym na skalę indywidualną lub masową domniemywać, że czyjeś milczenie nad grobem jest objawem politycznej lub światopoglądowej konwersji.

Milczenie w żałobie nie jest znakiem zgody, cz. I

 
Chciałem uronić łzę, pomilczeć, oddać honor – bo w obliczu tej tragedii czułem, że to rzeczy pierwsze. Chciałem też uniknąć oceniania, sporów, awantur – bo w tym czasie powinny to być rzeczy ostatnie. Ale milczeć jest mi trudno, kiedy moje milczenie jest rozumiane na opak i wykorzystywane do emocjonalnych szantaży

Szereg komentatorów i publicystów ulega dziś złudzeniu. Wynika ono z nadinterpretacji swoistego „paktu milczenia”, jaki zawierany jest w tym kraju nad grobem zmarłego. Norma wymaga od nas, by o zmarłym mówić tylko dobrze lub nie mówić w ogóle – a my się do niej stosujemy (choć bywa, że z oporami); zwłaszcza w żałobie. Tego tabu się nie łamie – a już na pewno nie w dyskursie publicznym. Tyle że dyskurs publiczny na czas żałoby zatrzymać się nie chce.

Kiedy więc trwa żałoba po polityku, w sferze publicznej słychać o nim to tylko, że się go chwali albo wręcz deklaruje żarliwą wiarę w niego. Kto się z tymi pochwałami lub hymnami pochwalnymi nie zgadza – milczy w obawie przed złamaniem tabu. Dlatego warto pamiętać, że obraz prezydentury Lecha Kaczyńskiego, rekonstruowany przez media i osoby publiczne tuż po jego śmierci, nie jest ani miarodajny ani trwały. Nic by w tym złego nie było – gdyby nie to, że żałobne: „milczymy lub mówimy dobrze” jednych bywa wykorzystywane przez drugich jako argument w nieprzerwanym sporze. W takich okolicznościach zmienia się to w emocjonalny szantaż

Szantaż 1: Kto wczoraj Go krytykował, temu dziś wara od trumny

Najmocniej wyartykułowali ten pogląd: Marcin Wolski, Jarosław Marek Rymkiewicz i prof. Zdzisław Krasnodębski. Pierwszy dokonał czegoś w rodzaju niezamierzonej parodii wiersza Tuwima o zabójstwie prezydenta Narutowicza. Drugi odmawia tym, którzy krytykowali Lecha Kaczyńskiego, prawa do „bycia polskimi politykami”. Trzeci pisze: Wyśmiewajcie i drwijcie. Bądźcie sobą. Gardzę wami; jakby mu spadła na oczy czerwona płachta i nie widział, że jest w tym momencie chyba jedyną osobą publiczną, która nie potrafi przestać gardłować.

Ten szantaż sięga też poziomów ekstremalnych: „życzyliście mu śmierci, to macie za swoje” – niemal wprost powiada J.M. Rymkiewicz. „Zaszczuto go, to stąd ta tragedia, tak będą mówić niektórzy” – minister Witold Waszczykowski w TVN24 niby się asekuruje, ale nie wyjaśnia, po co o tych „niektórych” w ogóle wspomina. Jak komuś takiemu wytłumaczyć, że pomarańczowy „spieprzajdziad” na czyimś nadgarstku albo strona w internecie, licząca godziny do końca kadencji Lecha Kaczyńskiego to coś zgoła innego niż życzyć komuś śmierci?

Uderza mnie triumfalno-uwznioślający ton tych wynurzeń. Wynika z nich, że śmierć Lecha Kaczyńskiego ma pełnić rolę jakiejś publicystycznej superbroni przeciw tym, którzy krytykowali jego i jego prezydenturę.

Ja też byłem jej przeciwnikiem. Nie zgadzałem się z Lechem Kaczyńskim, kpiłem z niego i jego publicznych wpadek, a idei „IV Rzeczypospolitej”, której to prezydentem miał być Kaczyński, byłem i jestem stanowczo przeciwny. Nie bardzo natomiast rozumiem, dlaczego miałoby mi to odbierać prawo do zapalenia świeczki na grobie człowieka, z którym się nie zgadzałem. Wolno mi milczeć lub dobrym słowem wspomnieć Lecha Kaczyńskiego – człowieka, ofiary tragicznego wypadku. Wolno mi współczuć jego rodzinie. Tak właśnie rozumiem żałobę współodczuwaną w najbardziej podstawowym, ludzkim wymiarze.

Warto nadać temu nazwę nie żeby się przed Wolskim czy Krasnodębskim tłumaczyć, ale żeby choć trochę zrozumieć, dlaczego Polacy – w dużej mierze przecież przeciwni reelekcji Lecha Kaczyńskiego – potrafią zapalić świeczkę na Krakowskim Przedmieściu, unikając w tym czasie oceniania tragicznie przerwanej prezydentury. Ale to dało niektórym asumpt do innego pochopnego wniosku, o którym w kolejnym wpisie.

c.d.n. 

piątek, 5 marca 2010

Wolność walenia piąchą czyli palenie, c.d.

  
Oto i Sejm stanął na straży wolności palacza. Tak przynajmniej uważa palacz. Wielce wymowne jest, jak ów palacz swoją wolność rozumie

Słowo daję, same odgłosy ulgi słyszałem dziś w rozmowach o ustawie, zwanej nie wiedzieć czemu „antynikotynową”. W skrócie: palić w lokalach można dalej. Jeśli masz nieduży lokal, możesz wybrać, czy to miejsce „palące” czy „niepalące”. Jeśli masz większy lokal, możesz w nim wydzielić miejsce dla palaczy. W praktyce: „wydzielone miejsce” może obejmować na przykład 3/4 knajpy. Czyli: fikcji ciąg dalszy, a do tego multum wygadywanych i wypisywanych w mediach głupot o obronie wolności palących do palenia.

Poszedłem dzisiaj z redakcji „w teren”, próbując zebrać trochę wypowiedzi do materiału na ten temat. Od niektórych moich rozmówców nasłuchałem się - i wprost, i przez telefon - wprost nieprawdopodobnej ilości głupot. Te głupoty mają wspólny mianownik: szumne odwoływanie się do kategorii „wolności wyboru” (oczywiście w znaczeniu: wolności palenia dla palących) w połączeniu z totalnym lekceważeniem wolności bliźniego niepalącego - czy to klient, czy osoba ze stolika obok.

Nie wiem, co mnie bardziej denerwuje: ubranie śmierdzące po wyjściu z knajpy, nikotynowy ból głowy rano, czy to gówniarskie, aroganckie przekonanie palaczy, że zadymianiem innych realizują swoją wolność i że ktokolwiek im próbuje tego w różnych sytuacjach zabronić, ten nie próbuje realizować swojej wolności „od”, tylko jest faszystą albo komuchem.

sobota, 6 lutego 2010

Jak nie malować na klęczkach

...czyli garść refleksji po wczorajszym koncercie Kryzysu i De Press

Nietypowa impreza. Zorganizowało ją Stowarzyszenie Pokolenie wraz z FMW pod hasłem pomocy kombatantom antykomunistycznego podziemia, dawnym „żołnierzom wyklętym”. Przed wejściem sanitariuszki z grupy rekonstrukcyjnej przyklejały naklejki z „kotwiczkami” Polski Walczącej, a „żołnierze” z tejże grupy śpiewali patriotyczne pieśni. Za plecami grających zespołów pokazywano slajdy związane z „żołnierzami wyklętymi”. Publiczność różna: starsi i młodsi, punkowcy z dredami, faceci w garniturach, tu i ówdzie przewinął się ogolony osił proweniencji wyraźnie narodowej… No, pełen przekrój typów.


Podoba mi się pomysł takich imprez, bo jest to jednak przywracanie należnej czci ludziom skazanym na zapomnienie. Większość z kilkuset osób, które się w Rotundzie pojawiły, zapewne przyszła tam usłyszeć Kryzys i De Press, ale przy okazji ten i ów usłyszał o „żołnierzach wyklętych”, jakaś lampka się komuś może zapaliła, może ktoś sięgnie po książkę, zainteresuje się… Muzeum Powstania Warszawskiego, umiejętnie lansując takie inicjatywy, pokazuje, że takimi metodami przyciąga się uwagę ludzi. To na początek wystarczy.
  
Podoba mi się, ale mam wątpliwości. Po pierwsze: patos. „Żołnierze” z grupy rekonstrukcyjnej, którzy w tle śpiewają „O mój rozmarynie”, to interesujące tło – ale ci sami „żołnierze” z regularnym recitalem pieśni patriotycznej na scenie to już taki rejon zadęcia, który jest zarezerwowany dla akademii szkolnych. Po drugie: zagranie koncertu dobroczynnego to jedno, ale napisanie czegoś w rodzaju „twórczości dobroczynnej” to coś innego. I nie zawsze skutkuje to udanym efektem artystycznym.

  
Piję oczywiście do płyty De Press, bez której tego koncertu by nie było – „Myśmy rebelianci”, albumu poświęconego właśnie „żołnierzom wyklętym”. Nie, nie neguję tego, że Dziubek miał potrzebę serca, że właśnie z takimi tekstami płytę chciał zrobić, więc miał prawo itd. Jasne, że miał. Ale wyszła z tego po prostu nienajlepsza płyta. Z niezłej robi się nudna, przewidywalna, „rebelianckie” pieśni i piosenki na tle mało zniuansowanej gitarowej młócki, zamiast chwytać za serce – zaczynają nużyć. De Press wpadł w pułapkę, którą tak zręcznie ominęło parę lat temu Lao Che. I oni mogli byli przyjąć wobec tematu „Powstania Warszawskiego” postawę hołdowniczą i zarżnąć świetny pomysł na płytę już na wstępie – monotonią muzyczną czy obawą przed „wpuzzlowaniem” pozornie nieprzystających tekstów do całości. Ale zdekonstruowali ten temat i złożyli na nowo, postawili mu się. Wyszła im z tej odwagi jedna z lepszych polskich płyt dekady.
  
Nie kwestionuję więc niczyjej szlachetnej intencji, tylko efekt. „Powstańcze” piosenki De Press zabrzmiały na żywo solidnie, ale jednak próba oddania przez Dziubka hołdu „żołnierzom wyklętym” wpasowuje się w anegdotę o malarzu Styce, co święte obrazy malował na klęczkach, zamiast je malować dobrze.

sobota, 23 stycznia 2010

Nowohucki hamburger


Miłe niespodzianki są milsze od niemiłych. Takie np., że redakcja drukuje nasz materiał, o którym już sami niemal zapomnieliśmy

czyli moja rozmowa ze Skwarem z Wu-Hae (pod linkiem dostępna chyba ta sama wersja, która poszła drukiem 29 grudnia na łamach DP)

Jakoś do pewnego momentu było mi z Wu-Hae muzycznie bardzo nie po drodze. To był dla mnie jeden z takich zespołów, po których się raczej żadnych cudów nie spodziewałem. A tu proszę - pojawiła się jesienią puszka z „Operą Nowohucką” i to jest, proszę Państwa, rzecz godna. Może nie euforii zaraz, ale na pewno zainteresowania i docenienia. To już całkiem sporo.

W czwartek wybieram się na koncert do Alchemii, więc zapewne po weekendzie powstanie dla DP jakaś zajawka; może też się pojawi potem relacyjka czy zdjęcia. Postaram się też na potrzeby bloga jakąś recenzję „Opery...” machnąć. W redakcji Dziennika tymczasem - inny materiał z Wu-Hae w tle: duży tekst o kultowym budynku na Mrozowej (czy też - zagadka! - na Mrozowa?), w którym od półtorej dekady krakowskie kapele mają próby. Jak się ukaże, dam znać. Mam nadzieję, że od razu, a nie np. po miesiącu ;-)

sobota, 9 stycznia 2010

Z dala od mojego nosa


Sejm chce rozszerzyć zakaz palenia. I dobrze - palacze samowolnie zawłaszczyli dla siebie miejsce publiczne, więc ten zakaz nie ograniczy ich swobód, a jedynie ukróci samowolę. Podejście do używek mam permisywne i liberalne, ale gorąco ten zakaz popieram. I to z pobudek zgoła liberalnych


Brzmi to paradoksalnie tylko w pierwszej chwili. Jeśli X sam siebie chce truć, to mu tego Y – choćby przyszło tysiąc atletów - i tak nie zabroni. I ja nikogo nawracać nie zamierzam. Nie oczekuję również od mojego państwa, że będzie wychowywać dorosłych ludzi. Natomiast mogę oczekiwać, że wkroczy ono tam, gdzie moja „wolność od” jest zagrożona przez czyjąś samowolę. I państwo, wprowadzając taki zakaz, ten liberalny postulat spełnia.

Spełniać go powinno, bo niepalący są bezbronni i wobec palących, i wobec dymu. Kiedy samemu się nie pali, w miejscu publicznym, w którym kłębi się dym, można tylko pozostać wbrew własnemu zdrowiu i samopoczuciu, albo z niego uciec. Ale to nie jest wybór, tylko pozór wyboru, stworzony przez palących dla niepalących. Palacz samowolnie zawłaszczył więc dla siebie miejsce publiczne i przystosował je – również samowolnie – do swoich potrzeb. Oznacza to zmuszanie niepalącego do przyjęcia takiego oto wynikania, że np. skoro chce sobie usiąść w knajpie przy piwie, to musi jednocześnie przyjąć rolę secondhand smoker.

 Ten zakaz nie ograniczy zatem swobody palaczy, lecz ukróci ich samowolę. Na pytanie, gdzie się kończy czyjaś wolność, a zaczyna samowola, liberał odpowie za sędzią Holmesem: „Tam się kończy moje prawo do wymachiwania pięścią, gdzie się twój nos zaczyna”. Kiedy odniesiemy ten pogląd do używek, wyjdzie na to, że papieros to insza inszość niż alkohol czy nawet narkotyki. Insza, bo paskudniejsza od nich. Zwłaszcza dla tego, kto nie używa – niepalący zawsze oberwie bowiem od palacza pięścią po nosie.

 Kiedy siedzę obok pijących, sam nie pijąc, rano nie obudzi mnie kac ani nawet drobny ból głowy; kiedy zaś sam piję, towarzystwo obok może pozostać trzeźwe. Ta zasada dotyczy takoż i większości narkotyków (choć z powodu restrykcyjności polskiego prawa pojawia się tu też aspekt prawno-karny). Nie można natomiast przebywać w otoczeniu palących, samemu przy tym nie paląc – wbrew własnej woli. Użytkownik alkoholu czy narkotyków nie naraża – pijąc czy zażywając – innych na fizyczną szkodę (pomijam oczywiście przypadki kryminalne, bo one nie mają tu nic do rzeczy), a palacz w miejscu publicznym to właśnie robi.

 Dlatego każdy argument w obronie samowoli palenia w miejscach publicznych, odwołujący się do pokracznie pojmowanej swobody – w  domyśle: swobody palenia dla palących i niepalenia dla niepalących – jest z gruntu bałamutny. Co do zasady: przywalanie sobie samemu pięścią w nos za pomocą używek, choćby częste i mocne, to jest problem indywidualnej wolności, odpowiedzialności i poczucia estetyki. Ale tylko do chwili, w której dmucha się komuś drugiemu w twarz.

 Dlatego rozszerzanie zakazu palenia w miejscach publicznych to nie akt restrykcyjnego przechyłu, tylko przywracania liberalnej równowagi.

wtorek, 29 grudnia 2009

Ależ ja wcale nie przestałem pisać!...

  
...tylko piszę trochę gdzie indziej

Po dwóch miesiącach bez choćby notki, moim Szanownym Czytelnikom należy się parę słów wyjaśnienia. Z początkiem listopada doszło do takiego oto zwrotu sytuacji, że zacząłem współpracę z Dziennikiem Polskim. Złożono mi propozycję współprowadzenia bloga w serwisie internetowym DP, za czym poszła możliwość publikowania na łamach drukowanego wydania tej gazety.

I tak od listopada udało mi się na tych łamach kilka materiałów pomieścić. Byłoby ich więcej, ale - jak niektórzy z Państwa zapewne wiedzą - pisanie nie jest w tej chwili moim zajęciem nr 1. W styczniu pewnie trochę się to zmieni, bo pisania pracy magisterskiej nie da się odkładać w nieskończoność ;-) A czy i kiedy pisanie w szerszym sensie stanie się zajęciem nr 1, to się wkrótce okaże.

Tych z Państwa, którzy są ciekawi nowych notek, zachęcam tymczasem do zaglądania na bloga „dziennikowego”. Na blogu niniejszym oczywiście nie przestaję publikować, no i mam nadzieję, że uda się to robić trochę częściej niż dotychczas :-) Aha, no i jeszcze namacalny dowód na to, że ktoś jest gotów wziąć mój tekst do druku:

[rzecz ukazała się drukiem 28 XI br., sobota, w DP na str. A10]

Do zobaczenia i przeczytania!