poniedziałek, 14 czerwca 2010

El Amor en los Tiempos del Mundial

- Mamy zaproszenie na jutrzejsze popołudnie – mówi w sobotę ukochana. Jedziemy więc w miłe miejsce, do fajnych ludzi, z trzech niedzielnych meczów oglądam tylko jeden. O trudnych wyborach czasu mundialu

W czerwcu 1994 r. byłem z rodziną na weselu, z którego się urwałem, żeby obejrzeć mecz Rumunia-Kolumbia, rozgrywany o koszmarnej – jak na polskie realia czasowe – porze. Ten mecz się dla mnie skończył gdzieś na 20 min. przed końcem, bo rodzice zarządzili powrót do domu. A to był, proszę Państwa, naprawdę dobry futbol – więc była rozpacz i awantura. No bo co w końcu, kurczę blade! – jako widz traktowałem „mój” pierwszy mundial bezkompromisowo ;-).

Oglądanie dwóch-trzech meczów dziennie bez poczucia przesytu – to jest właśnie frajda dla kibica. Ale umówmy się – poza przypadkami fanatycznymi rzadko mieszka się samemu i nie ma się nic do roboty poza oglądaniem piłki nożnej przez sześć godzin dziennie. Jakiś kompromis z rzeczywistością trzeba zawierać – dlatego Algierię ze Słowenią można sobie czasem odpuścić.

Ale mundial to czas kompromisu nie z rzeczami, lecz przede wszystkim z ludźmi. Nawet jeśli wasza żona/dziewczyna/gej-partner akceptuje waszą piłkarską pasję w formie transmisji raz na tydzień, to niekoniecznie musi się okazać jej sprzymierzeńcem, kiedy ta włazi do domu drzwiami, oknami, w 42 calach, 64 meczach i 100 herzach. Empatia to klucz – jeśli oczekujecie wyrozumiałości, to sami bądźcie wyrozumiali. Jeśli wasza kobieta lubi „Gotowe na wszystko” albo jazdę figurową na lodzie, a wam to nie przeszkadza – to spróbujcie sobie wyobrazić, że ona na miesiąc siada przed telewizorem i ogląda toto przez pół dnia, a do was się zwraca w tym czasie w kwestiach wyłącznie organizacyjnych. Świetna perspektywa, prawda?

No więc – my byliśmy wczoraj w miłym miejscu, u fajnych ludzi, z trzech meczów obejrzałem tylko jeden. Dzisiaj ukochana wróci z pracy, a w tle wspólnej kolacji będzie zapewne lecieć mecz Włochy-Paragwaj. A po nim pewnie zrobimy trzecie podejście do nowego filmu braci Coenów, a ja – tak jak przy dwóch poprzednich – zasnę, bo taki będę zmęczony oglądaniem meczów. A jutro: od nowa, Polska ludowa. Zwariować można od takiego tego.

„- Ale kochasz mnie, prawda...?
- No a co mam z tobą zrobić?”

 Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre w mundial!

Anglia - nieprzewidywalność i kompleks farfocla

Remis Anglii z USA nie zaskakuje. Prawie dwie dekady oglądania meczów piłkarskich utrwaliły u mnie dwie obserwacje związane z reprezentacją Anglii. Pierwsza z nich: ci bardzo dobrzy piłkarze (a wśród nich – zawsze kilka europejskich gwiazd) nigdy nie umieli stworzyć drużyny solidnej i stylistycznie ciekawej, a tym samym zdolnej do odniesienia sukcesu

Anglia jest bezradna. Idzie mi nawet nie o koszmarny błąd bramkarza po strzale Dempsey’a – bardziej o to, jak cała drużyna reagowała na wydarzenia na boisku po przerwie. Kiedy widz ogląda mecz i wie, że za moment piłka pójdzie na skrzydło, a potem stamtąd pójdzie dośrodkowanie na główkę, to jest to dla widza nuda. Kiedy to samo wiedzą obrońcy przeciwnika, to jest to dla nich komfort. Anglicy przez całą drugą połowę nie umieli Amerykanom tego komfortu odebrać. I tak na ogół bywa – w przełomowych momentach Anglicy jakby zapominają o rozumie, a wracają do atawistycznego „wyspiarskiego stylu”. Tak się dzisiaj nie da wygrywać.

Anglia jest pełna sprzeczności. Ma Gerrarda, Lamparda, Rooney’a – nawet w takim meczu widać, jakiego formatu są to piłkarze. Ale też widać dysonans pomiędzy tym, jak wiele wnoszą do gry swoich drużyn klubowych, a tym, jaką rolę grają w kadrze i w jakim otoczeniu to robią. W zróżnicowanym, międzynarodowym towarzystwie potrafią błyszczeć – pomiędzy rodakami z kadry jakoś nie. Koledzy z drużyn klubowych jakoś potrafią im pomóc i z ich pomocy korzystać – koledzy z reprezentacji jakoś nie.

Anglia jest niestabilna i nieprzewidywalna. Turnieje z jej udziałem zyskują, a bez niej tracą. Bywa, że rozgrywa na nich mecze wielkie. Pokazuje Europie i światu bezczelnych chłopaczków w rodzaju Owena czy Rooney'a, którzy stają się gwiazdami. Ale kiedy przychodzi do gry o stawkę, ponosi Anglia ciągłe porażki. Wiele z nich – w okolicznościach niewyjaśnionych lub idiotycznych (bliźniaczo podobne mecze z Rumunią w 1998 i 2000 r. czy przegrana z Francją w ciągu ostatniej minuty w 2004 r.). Przegrywa mecze, których przegrać nie musiała (z Argentyną - MŚ'98 – czy Portugalią - ME'2004).
  
Anglia ma kompleksy. Na samą myśl o konkursie karnych jej piłkarzom drżą nogi (przegrywali w ten sposób i na MŚ: 1998, 2006, i na ME: 1996, 2004). I jeszcze rzecz, kto wie czy nie najgorsza dla tej drużyny: zespół chorobowy bramkarza-partacza. Kiedy Anglia gra na mundialu czy euro Naprawdę Ważny Mecz, można być pewnym, że bramkarz nigdy jej z opresji nie ocali. Za to tylko patrzeć, jak zaraz coś spieprzy. Co robił Nigel Martyn w meczu z Rumunią, widać już było na filmiku linkowanym wyżej. A tu Inny przykład (śmiech się zaczyna w okolicach 3:50):


Kiedy przypomnimy sobie jeszcze sprokurowane przez Robinsona czy Carsona farfocle , które kosztowały tę drużynę udział w Euro’2008, nie uznamy sobotniego kiksu Roberta Greena za wyczyn, lecz za objaw rzeczonego zespołu chorobowego. Nie genetycznego wprawdzie (Gordon Banks czy Peter Shilton to były gwiazdy swoich epok), ale dziś przewlekłego i nawracającego.

 Z dużym prawdopodobieństwem można więc dziś powiedzieć, że Anglia wprawdzie do fazy pucharowej awansuje, ślad jakiś po sobie zostawi, ale ćwierćfinał to chyba dla tej drużyny maksimum.

A jaka jest ta druga - ze wspomnianych na początku - moja obserwacja dotycząca angielskiej reprezentacji? Otóż, kryzys czy nie kryzys, mecz czy rewanż, lepszy czy gorszy bramkarz – postawić tylko przed Anglikami Polaków, a natychmiast złoją im dupę.

sobota, 12 czerwca 2010

Moje początki Mistrzostw Świata


Dlaczego pierwszy dzień Mistrzostw Świata jest fajny? Bo jest pierwszym dniem Mistrzostw Świata

Lubię czynność odliczania dni do mundialu - co cztery lata, na przełomie maja i czerwca. To odliczanie przebiega zawsze w tle czynności zgoła codziennych, dzięki temu człowiek może się któregoś dnia obudzić i stwierdzić, że mecz otwarcia w zasadzie już dziś. Wspominam te spotkania jako na ogół mizerne, choć niepozbawione emocji. A widziałem te z nich:

Inauguracja inauguracyjna 
W 1994 r. (moje pierwsze w pełni świadomie oglądane MŚ) przysnąłem w przerwie meczu Niemcy-Boliwia i obudziła mnie dopiero nieco śmieszna bramka Klinsmanna (akcja zaczyna się w okolicach 1:30).
Przez kolejnych parę lat Jürgen Klinsmann to był dla mnie jeden z pierwszych zawodników w kategorii: „z respektem”. Ci, co nie pamiętają, niech sobie poszukają na Youtube. Facet umiał strzelać wszystkim i z każdej pozycji.


Inauguracja samobójcza 
Cztery lata później Brazylijczycy wcale nie musieli wygrać ze Szkotami, ale ci drudzy się uparli, by ostrzeliwać bramkę swoją i przeciwnika z równym zapałem. A Brazylia bez wielkich cudów zrobiła dokładnie tyle, ile było trzeba.



Inauguracja robinhoodyczna
czyli coś dla uwielbiających mecze i turnieje z kategorii: „los bogatym zabiera, a biednym rozdaje”. Pierwszy mecz w 2002 r. - i od razu sensacja. Dla ówczesnych mistrzów świata ten mecz to był początek bolesnego zjazdu z ósmego piętra po schodach - nie wyszli na tym mundialu z grupy. Ich przeciwnicy za to wsiedli do ekspresowej windy, która zatrzymała się dopiero na wysokości ćwierćfinału. Francja wyglądała na przesadnie sytą - Senegal wydawał się głodny. Skończyło się tak:
 


Inauguracja beztroska
Cztery lata temu Niemcy pogonili Kostarykę - niespodzianką był nie wynik, ale to, że Niemcy grali momentami jak drużyna z Ameryki Płd.: tyleż finezyjnie w ataku, co beztrosko w obronie. Z tego meczu warto pamiętać bramkę pierwszą i ostatnią: 




2010 - Inauguracja uciążliwa
W piątkowym meczu otwarcia działo się, poza dwiema bramkami, niewiele. Wiadomo już natomiast na pewno, że dla kibica ten turniej będzie nieznośny. Wszystko przez tę cholerną trąbkę, która niby jest nieodłącznym elementem lokalnego obyczaju kibicowania, ale w którą autochtoni - jak się zdaje - dmą kompletnie bez związku z meczem i sytuacją na boisku.
Czy naprawdę w dobie sygnału HD i tanich ciekłokrystalicznych telewizorów telewizja nie może - na etapie realizacji transmisji - zrobić czegoś z tym jednostajnie wkurwiającym dźwiękiem?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Milczenie w żałobie..., cz. IV

Szantaż 4:
Jeden naród, jeden Wawel

Czy niektórzy komentatorzy naprawdę myślą, że z protestami spotkałaby się każda decyzja o miejscu pochówku prezydenckiej pary? (patrz: Robert Mazurek). Jakoś nie wierzę – skąd to domniemanie? Informacja, iż Lech Kaczyński z żoną zostaną pochowani np. w warszawskiej archikatedrze św. Jana, raczej zostałaby przyjęta właśnie jako informacja i nie wzbudziłaby poważniejszych kontrowersji – bo i dlaczego by miała?

Tymczasem „decyzja wawelska” jest kontrowersyjna i dyskusyjna (dla mnie: błędna), ale sposób, w jaki próbuje się ją przedstawiać jako niekontrowersyjną, pozadyskusyjną i post factum uzasadnioną, ma wiele wspólnego z szantażem na kilku poziomach.

Po pierwsze: ze względu na czas. Ta decyzja po prostu nie była z dzisiejszego punktu widzenia niezbędna, można było ją odłożyć na czas spokojniejszy – właśnie z uwagi na jej nieodwracalność. Ja nie chciałem się w tamtym tygodniu zastanawiać – i mam przekonanie, że Polacy również – jakim prezydentem był Lech Kaczyński; czy „zasłużył się” wystarczająco, czy tylko troszeczkę. Nie szukałem odpowiedzi na to pytanie i nie jestem nawet pewien, czy w ciągu najbliższej dekady będzie można na nie odpowiedzieć. Tymczasem „decyzja wawelska” zmusza do tego typu refleksji – całkiem, przyznajmy to, mało żałobnej.

Po drugie: ze względu na tryb. Decyzja o tym, kogo naród zalicza do swojego panteonu, powinna należeć do tego narodu. Nie w drodze referendum, nie w drodze plebiscytu, za to co najmniej w drodze rozmowy. Tymczasem taki tryb podjęcia tej decyzji rozmowę uniemożliwia, skaża ją swoistym „grzechem pierworodnym” – bo co to za rozmowa, w której jedni krzyczą: „Lech Kaczyński!”, a drudzy milczą, bo i co mają zrobić?

Po trzecie: ze względu na konsekwencje. Czy po tym, jak abp. Dziwisz podparł się w swoim uzasadnieniu wyimaginowanym „poparciem narodu” i odwołał do retoryki wojenno-heroicznej, przeczytamy za lat kilka z podręczników do współczesnej historii Polski, że „naród w patriotycznym uniesieniu przejrzał na oczy” i mimo sprzeciwów kilku łobuzów spod kurii „zdecydował o pochowaniu wśród królów bohatera-męczennika Lecha Kaczyńskiego”? Czy ktoś napisze, że narodu nie spytano o opinię na ten temat?

Szantaż „wawelski” polega więc nie tylko na tym, że naród na tę decyzję nie miał wpływu, ale na tym, że nie można okazać sprzeciwu wobec niej, nie narażając się jednocześnie na zarzuty braku patriotyzmu, nieprzyzwoitości, niemoralności itd.

Uważam krzykliwe protesty pod krakowską kurią za nietakt wyjątkowy – tyle że ustawianie protestujących w roli tych, którzy zerwali żałobny „pakt milczenia” (tak jak to robi np. Piotr Semka) jest myleniem przyczyny ze skutkiem. Jeśli w środek tej żałoby wrzucono granat, była nim niestety właśnie „decyzja wawelska” i sposób jej uzasadnienia przez abp. Dziwisza. Semka prezentował przy tym logikę dość horrendalną: Czym innym byłaby dyskusja przed decyzją (…), a czym innym jest dziś, gdy towarzyszą jej internetowe wezwania do kolejnych pikiet. Nie wiem więc, czy dziennikarz „RP” sugeruje, że jakaś dyskusja o miejscu pochówku w ogóle się odbyła, czy może twierdzi, że należało się tej decyzji sprzeciwiać, kiedy nikt jeszcze o niej nie wiedział?

Spór o miejsce pochówku prezydenckiej pary jest realny. Marginalny jest zaś tylko w tym znaczeniu, że w czasie „paktu milczenia” został wypchnięty z głównego nurtu. Ale już rozgorzał i trwa, Polacy go toczyli, toczą i toczyć będą – w domu, w pracy, wśród znajomych, a wkrótce: w sferze publicznej. Bowiem „pakt milczenia lub mówienia dobrze” zawieramy w imię respektowania dobrego obyczaju, a nie po to, by wypisywać komentatorom i publicystom, a już zwłaszcza: władzom świeckim lub kościelnym blank check  na korzystanie z naszego milczenia. Milczenie w żałobie nie jest znakiem zgody.

Milczenie w żałobie..., cz. III

Szantaż 3:
tromtadracja wojenna

Już w sobotę, kilkadziesiąt minut po katastrofie, pada w którejś z telewizji hasło: „drugi Katyń”... Od tego gigantycznego nadużycia zaczyna się emocjonalne żonglowanie pojęciami. Można zrozumieć, kiedy bliscy zmarłych w szoku nadużywają słów. Nie można natomiast przytakiwać, kiedy dziennikarze, którzy mają rzeczywistość opisywać i objaśniać, zatracają proporcje. Kiedy nadużywają coraz to bardziej dramatycznych zwrotów albo milczą wobec ich nadużywania, mamy do czynienia z jakąś licytacją na okazywane poruszenie.

„Jedność miejsca i czasu” dramatu smoleńskiego ze zbrodnią katyńską nadaje mu wymiar symboliczny, ale to nie oznacza, że zasadne jest mówienie o „jedności akcji”. Jeśli godzimy się na zestawianie tragicznego, losowego wypadku z systematycznym, usankcjonowanym przez obce państwo mordem, to dajemy przyzwolenie, żeby słowa zamazywały treść i sens tego, co się właściwie w ubiegłą sobotę stało.

Otóż doszło do katastrofy lotniczej, a nie do rzeczonego „drugiego Katynia” czy „hekatomby”. Ludzie w niej zginęli, a nie „polegli”. Zginęli oni śmiercią tragiczną, a to nie to samo, co śmierć „bohaterska” czy „męczeńska”. Nie zginął „kwiat polskiej inteligencji”, tylko liczni przedstawiciele władzy i organizacji społecznych. Warto o tym pamiętać także dlatego, że o ile wszyscy zgodzimy się co do tego, że prezydent Lech Kaczyński zginął tragicznie podczas pełnienia obowiązków głowy państwa, o tyle nie wszyscy przystaniemy na wniosek, że „poległ on bohaterską śmiercią” czy „złożył wieczną ofiarę na ołtarzu Ojczyzny”. Gdy zginął w wypadku samochodowym Bronisław Geremek, Lech Kaczyński nad jego grobem oddał mu honor – ale czy dzisiejsi piewcy „męczeństwa” Lecha Kaczyńskiego nazwaliby śmierć Bronisława Geremka „tragicznym zdarzeniem”, którym ono w istocie było, czy „ofiarą na ołtarzu”?

Ofiara niekoniecznie musi być bohaterem, a bohater niekoniecznie musi być ofiarą. Tak, w przypadku niektórych z ofiar możemy mówić o życiorysie zgoła heroicznym – ale byłby on heroiczny i bez tej tragedii; nie ona czyni z nich bohaterów. Los, który ofiarom i ich rodzinom przypadł, jest wystarczająco straszliwy. Nie stanie się mniej straszliwy, kiedy będziemy o nim mówić bez tej powstańczo-wojennej narracji; rezygnacja z niej nie oznacza, że straciliśmy zdolność do współodczuwania. Współodczuwanie nie oznacza utraty miary.

Zatem gdzie w tej narracji kryje się szantaż? Otóż kiedy powiemy: prezydentura Lecha Kaczyńskiego, nawet po jego tragicznej śmierci, podlega krytyce – to jedno; ale trudniej poddawać krytyce „misję bohatera narodowego, który poległ męczeńską śmiercią”.

Pozwólmy płakać rodzinie i najbliższym, ocierajmy ich łzy, ale sami weźmy głęboki oddech i ważmy słowa. Zbiorowe wspomnienie, które zostanie po tej żałobie, nie może nie być smutne i bolesne, powinno być godne, za to nie musi być histeryczne.

Milczenie w żałobie..., cz. II

Szantaż 2:
Polska żałoba jako głos na Lecha Kaczyńskiego

Z obrazków, które mogliśmy oglądać w telewizji w ostatnim tygodniu, niektórzy publicyści wyciągnęli wniosek taki oto, że przeżywana wspólnie przez Polaków (w mediach, w parlamencie, na ulicach) żałoba przeistacza się w akt jakichś narodowych przeprosin, kierowanych pod adresem prezydenta Kaczyńskiego pośmiertnie.

Tym, co kieruje tylu ludzi na ulice, jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wyrządzonej Kaczyńskiemu – pisze w „Rzeczpospolitej” jej naczelny, Paweł Lisicki. Podobne tony pojawiły się i w innych komentarzach.

Nie wiadomo jednak, czy Polacy nad grobami ofiar katastrofy smoleńskiej doznali lub doznają nagłej politycznej iluminacji. Nie wiadomo, czy wpływ tej tragedii znajdzie jakieś odzwierciedlenie w zmianie postaw społecznych czy preferencji wyborczych. Nie wiem tego ja, nie wie też Paweł Lisicki. Ale ja nie udaję, że wiem. Za życzeniową uznaję więc sugestię pierwszą: że Polacy przejrzeli na oczy i wreszcie dostrzegli w tych dniach prawdziwego Lecha Kaczyńskiego, nie takiego, jakiego pokazywały im przez całą kadencję media; i drugą: że w konsekwencji teraz Polacy na pewno by na niego zagłosowali, tylko nie bardzo mogą.

W czasie, kiedy nie wszyscy chcą wchodzić w polemikę na ten temat, warto się z takimi diagnozami wstrzymać. Moja prywatna próba godnego uczczenia pamięci prezydenta Kaczyńskiego i innych ofiar katastrofy smoleńskiej to nie to samo, co przyznanie racji idei IV RP. Nie śmiałbym na skalę indywidualną lub masową domniemywać, że czyjeś milczenie nad grobem jest objawem politycznej lub światopoglądowej konwersji.

Milczenie w żałobie nie jest znakiem zgody, cz. I

 
Chciałem uronić łzę, pomilczeć, oddać honor – bo w obliczu tej tragedii czułem, że to rzeczy pierwsze. Chciałem też uniknąć oceniania, sporów, awantur – bo w tym czasie powinny to być rzeczy ostatnie. Ale milczeć jest mi trudno, kiedy moje milczenie jest rozumiane na opak i wykorzystywane do emocjonalnych szantaży

Szereg komentatorów i publicystów ulega dziś złudzeniu. Wynika ono z nadinterpretacji swoistego „paktu milczenia”, jaki zawierany jest w tym kraju nad grobem zmarłego. Norma wymaga od nas, by o zmarłym mówić tylko dobrze lub nie mówić w ogóle – a my się do niej stosujemy (choć bywa, że z oporami); zwłaszcza w żałobie. Tego tabu się nie łamie – a już na pewno nie w dyskursie publicznym. Tyle że dyskurs publiczny na czas żałoby zatrzymać się nie chce.

Kiedy więc trwa żałoba po polityku, w sferze publicznej słychać o nim to tylko, że się go chwali albo wręcz deklaruje żarliwą wiarę w niego. Kto się z tymi pochwałami lub hymnami pochwalnymi nie zgadza – milczy w obawie przed złamaniem tabu. Dlatego warto pamiętać, że obraz prezydentury Lecha Kaczyńskiego, rekonstruowany przez media i osoby publiczne tuż po jego śmierci, nie jest ani miarodajny ani trwały. Nic by w tym złego nie było – gdyby nie to, że żałobne: „milczymy lub mówimy dobrze” jednych bywa wykorzystywane przez drugich jako argument w nieprzerwanym sporze. W takich okolicznościach zmienia się to w emocjonalny szantaż

Szantaż 1: Kto wczoraj Go krytykował, temu dziś wara od trumny

Najmocniej wyartykułowali ten pogląd: Marcin Wolski, Jarosław Marek Rymkiewicz i prof. Zdzisław Krasnodębski. Pierwszy dokonał czegoś w rodzaju niezamierzonej parodii wiersza Tuwima o zabójstwie prezydenta Narutowicza. Drugi odmawia tym, którzy krytykowali Lecha Kaczyńskiego, prawa do „bycia polskimi politykami”. Trzeci pisze: Wyśmiewajcie i drwijcie. Bądźcie sobą. Gardzę wami; jakby mu spadła na oczy czerwona płachta i nie widział, że jest w tym momencie chyba jedyną osobą publiczną, która nie potrafi przestać gardłować.

Ten szantaż sięga też poziomów ekstremalnych: „życzyliście mu śmierci, to macie za swoje” – niemal wprost powiada J.M. Rymkiewicz. „Zaszczuto go, to stąd ta tragedia, tak będą mówić niektórzy” – minister Witold Waszczykowski w TVN24 niby się asekuruje, ale nie wyjaśnia, po co o tych „niektórych” w ogóle wspomina. Jak komuś takiemu wytłumaczyć, że pomarańczowy „spieprzajdziad” na czyimś nadgarstku albo strona w internecie, licząca godziny do końca kadencji Lecha Kaczyńskiego to coś zgoła innego niż życzyć komuś śmierci?

Uderza mnie triumfalno-uwznioślający ton tych wynurzeń. Wynika z nich, że śmierć Lecha Kaczyńskiego ma pełnić rolę jakiejś publicystycznej superbroni przeciw tym, którzy krytykowali jego i jego prezydenturę.

Ja też byłem jej przeciwnikiem. Nie zgadzałem się z Lechem Kaczyńskim, kpiłem z niego i jego publicznych wpadek, a idei „IV Rzeczypospolitej”, której to prezydentem miał być Kaczyński, byłem i jestem stanowczo przeciwny. Nie bardzo natomiast rozumiem, dlaczego miałoby mi to odbierać prawo do zapalenia świeczki na grobie człowieka, z którym się nie zgadzałem. Wolno mi milczeć lub dobrym słowem wspomnieć Lecha Kaczyńskiego – człowieka, ofiary tragicznego wypadku. Wolno mi współczuć jego rodzinie. Tak właśnie rozumiem żałobę współodczuwaną w najbardziej podstawowym, ludzkim wymiarze.

Warto nadać temu nazwę nie żeby się przed Wolskim czy Krasnodębskim tłumaczyć, ale żeby choć trochę zrozumieć, dlaczego Polacy – w dużej mierze przecież przeciwni reelekcji Lecha Kaczyńskiego – potrafią zapalić świeczkę na Krakowskim Przedmieściu, unikając w tym czasie oceniania tragicznie przerwanej prezydentury. Ale to dało niektórym asumpt do innego pochopnego wniosku, o którym w kolejnym wpisie.

c.d.n.